O suwerenność państwa walczą żołnierze, o losach suwerennego państwa decydują politycy, ale to, co w zwykłym życiu najistotniejsze, tj. warunki życia w suwerennym państwie – w tym zakres naszej wolności osobistej – zależy od prawników. Szkoda więc, że na lekcjach historii, wyliczając osiągnięcia II Rzeczypospolitej, nie mówi się jednym tchem o budowie Gdyni i budowaniu systemu prawnego przez Komisję Kodyfikacyjną. Jej prace były jak ożywczy strumień czystej wody, zmieniający ograniczony granicami administracyjnymi obszar w nowoczesne państwo, a złożone społeczności we wspólnotę obywatelską. Bez prawa nie ma państwa, jakość wprowadzanych rozwiązań prawnych jest więc świadectwem jakości państwa. Chcąc ocenić poziom rozwoju cywilizacyjnego wybranego kraju, nie ograniczamy się do podziwiania zachowanych artefaktów, lecz wgłębiamy się także w lekturę obowiązujących w tym państwie kodeksów. Polska w 1918 r. powstała z połączenia obszarów będących pod władzą różnych zaborców. Ponad 120 lat braku suwerenności – a był to czas poważnych zmian cywilizacyjnych – powodował, że nie można było odwoływać się do ciągłości systemu prawnego, np. restytuując Kodeks Zamojskiego i Konstytucję 3 maja. Formalnie, w początkach II Rzeczpospolitej, obowiązywały odziedziczone po zaborcach systemy prawne: pruski w Wielkopolsce, austriacki w Galicji, rosyjski z oparciem na francuskim Kodeksie Napoleona w dawnym Królestwie Kongresowym, rosyjski (bez elementów francuskich) na Wileńszczyźnie. Do tego jeszcze na obrzeżach: inny niż galicyjski system prawny na Śląsku Cieszyńskim i system węgierski na Spiżu i Orawie. Wyobraźmy sobie dziś, że inne przepisy prawne regulują nasze sprawy w Częstochowie, inne w Katowicach, a jeszcze inne w Trzebini; a my się musimy borykać z łączącymi te miasta sprawami spadkowymi. Albo też wyobraźmy sobie doradztwo prawnicze złodziei kieszonkowych badające, w którym z miast jest niższy wyrok za „dolinę”. Budowanie wspólnego systemu prawnego wymagało szczególnej pracy i umiejętności legislatywy. Sejm był zaś, jaki był; Sejm zawsze jest odzwierciedleniem społeczności. Z pełnym szacunkiem dla przodków, ale znaczna część posłów lepiej opanowała umiejętność bójki na pięści niż podstawy logicznego myślenia i artykułowania poglądów. Uznanie należy im się za to, że ograniczyli wrodzoną każdemu politykowi pychę, dostrzegli własny brak kompetencji i przekazali kwestię tworzenia prawa w ręce fachowców. Dziś, gdy mówimy o przepisach prawnych uchwalanych przez Sejm, przemilczamy autorstwo. Trudno bowiem jest jest je określić. Projekt ustawy trafia do Sejmu, tam jest przedmiotem prac w komisjach, w podkomisjach, są zmiany wprowadzane w pierwszym czy drugim czytaniu; efekt jest czasem diametralnie różny od treści projektu. Sukces legislacyjny ma wielu ojców, bubel prawny jest sierotą. Każdy współczesny poseł jest tak przywiązany do dobrego zdania o sobie, że bez kompleksów traktuje doświadczenie i wiedzę specjalistów. W czasach przedwojennych szczęśliwie panował kult ekspertów. Przyjmowano, że nie każdy może projektować mosty, nie każdy może leczyć ludzi i nie każdy jest zdolny tworzyć prawo. Dzięki temu powstał wzorcowy wręcz system legislacji. Pisanie podstawowych kodeksów prawnych powierzono specjalistom – Komisji Kodyfikacyjnej. Tam podział na odpowiednie specjalizacje (prawo cywilne, handlowe, karne) wymuszał tworzenie autorskich zespołów. Kodeks miał więc konkretnych autorów, ponoszących odpowiedzialność za każde słowo, kropkę i przecinek. Gotowy wytwór nabierał sankcji w formie dekretu Prezydenta RP; Sejm nie miał możliwości wnoszenia cząstkowych zmian, mógł jedynie dany kodeks odrzucić w całości. Imienna odpowiedzialność autorów powodowała, że prawo nie było anonimowe. Do dziś mówimy o kodeksie Dolińskiego (kodeks handlowy), ustawie Zolla (o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji) czy o kodeksie Makarewicza (kodeks karny). Kodeks karny Makarewicza z 1932 r. jest takim wzorcowym przykładem jakości stanowionego prawa. Urodzony w Samborze w 1872 r. Juliusz Makarewicz już przed I wojną światową cieszył się renomą dobrego praktyka (sędziego) i teoretyka prawa (profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i Lwowskiego). W poglądach konserwatywny, był przez pewien okres czasu posłem stronnictwa chrześcijańskiego, a potem BBWR. W zespole pracującym nad kodeksem karnym współpracował z Makarewiczem Wacław Makowski (profesor Uniwersytetu Warszawskiego, piłsudczyk i wolnomularz, minister sprawiedliwości w kilku rządach RP , poseł i marszałek Sejmu z ramienia sanacji) oraz Emil Rappaport (doktor prawa żydowskiego pochodzenia, w okresie II RP sędzia Sądu Najwyższego, związany z lewicującą Wolną Wszechnicą Polską). Trzej ludzie, doskonali teoretycy, każdy z nich związany z inną tradycją i środowiskiem, różniący się światopoglądem i sympatiami politycznymi; dzięki takiemu składowi zespołu kodeks karny stał się wyrazem mądrego kompromisu. O jakości prawa świadczy nie tylko jego spójność i logika. Prawa nie tworzy się w pustce, w warunkach czystej abstrakcji. Prawo nie może lekceważyć zakorzenionych zwyczajów i tradycji, musi odpowiadać poziomowi świadomości społecznej i rzeczywistym społecznym potrzebom. Kodeks karny musi być jednocześnie zachowawczy w obronie tradycyjnych wartości i otwarty na zachodzące w świecie zmiany; ogranicza władzę sędziego, precyzując zakres odpowiedzialności obwinionych i granice nakładanych sankcji. Równocześnie umacnia on autorytet sędziowski, przyznając mu prawo wyrokowania nie tylko według litery prawa, ale i według własnego rozpoznania oraz doświadczenia. Kodeks karny powinien bronić dobro przed złem, społeczność przed przestępcami, ale równocześnie musi gwarantować niezbywalne prawa ludzkie nawet najgorszemu przestępcy. Każde prawo, a w szczególności kodeks karny, musi być swoistym kompromisem godzącym wiele racji. W przypadku przepisów karnych jest to dodatkowo trudne, bo każde przestępstwo budzi emocje, a takowe bywają drogowskazem prowadzącym na manowce. Kodeks jest świadectwem określonych czasów. Nie można, w oderwaniu od kontekstu, ganić pewnych rozwiązań, abstrahując od ówczesnego stanu świadomości. My dziś przyjmujemy za rzecz oczywistą zakaz kary śmierci (choć za stosowaniem takowej opowiada się większość społeczeństwa); ale w latach 30. XX w. propozycja takiego zakazu budziłaby nie tyle oburzenie, co zdziwienie. Podobnie nie może nas dziwić inne niż współczesne traktowanie przestępstw czy wykroczeń na tle obyczajowym. Pamiętajmy także o stopniu demoralizacji społecznej, będącej skutkiem I wojny światowej i wcześniejszych lat zaborów, o niskiej wartości życia ludzkiego, o wszechobecnej przemocy, o analfabetyzmie i związanym z tym brakiem podstawowej kultury społecznej, o szeregu innych ułomności występujących w okresie międzywojennym. Na tym tle kodeks Makarewicza był wyrazem mądrego postępu, bez jednoczesnej ambicji inżynierii społecznej. Precyzyjne zdefiniowanie, co jest winą umyślną, przy odstąpieniu od uznania za przestępstwo czynu nieumyślnego, było zasadniczą zmianą w traktowaniu podmiotowości ludzi. Podobnie ważkie wydaje się precyzyjne określenie odpowiedzialności osób nieletnich czy osób o zaburzeniach psychicznych. Kodeks nie szukał rozwiązań w odstraszającym działaniu wysokich; kara śmierci i dożywocia traktowane były jako kary wyjątkowe, dotyczące określonej, wąskiej grupy zbrodniarzy. W zwykłych wypadkach przestępstw górną granicą kary więzienia było 15 lat. Nadzwyczajność kary śmierci podkreślał Makarewicz