„Jestem antyfaszystą” – to brzmi dumnie. W imię obrony wolności jednostki antyfaszysta czujnie śledzi pojawiające się tu i ówdzie niebezpieczeństwa, profilaktycznie alarmuje opinię publiczną, gdy ktoś krótko ostrzyżony składa kwiaty pod pomnikiem Dmowskiego, albo – o zgrozo! – „zamawia piwo”, pokazując razem pięć palców. .. Wolność jest darem, który chronić i bronić należy; tu zgadzam się z współczesnymi antyfaszystami. Faszyzm jako ideologia jest mi obcy, traktuję go z niechęcią, jak i inne ideologie XX w., prowadzące do pozbawiania życia i wolności „wrogów wolności”, „wrogów ludu” i innych „wybranych na wrogów”. Niestety, antyfaszyzm sam stał się ideologią, która usprawiedliwia podłość zbrodni.Fundamentem naszej cywilizacji jest prawo rzymskie. A zatem uznajemy, że prawo nie działa wstecz, nie można być karanym za czyn dozwolony w chwili popełnienia. Kara powinna dotyczyć konkretnego czynu, a nie takiej czy innej formy myślenia. Przyjmując takie standardy jako oczywiste, ze zdziwieniem i niedowierzaniem czytać będziemy treść dekretu Krajowej Rady Narodowej z 22 stycznia 1946 r. o odpowiedzialności za klęskę wrześniową i faszyzację życia państwowego. A czytać powinniśmy – bo jest to kwintesencja antyfaszyzmu. Zgodnie z tym dekretem kara śmierci, ewentualnie więzienie od 3 lat do dożywocia, groziła temu, kto „idąc na rękę ruchowi faszystowskiemu lub narodowo-socjalistycznemu (…) działał na szkodę Narodu lub Państwa Polskiego przez a) umniejszenie lub osłabienie siły zbrojnej polskiej lub sprzymierzonej; b) osłabienie ducha obronnego społeczeństwa”. Dożywocie groziło osobom sprawującym naczelne funkcje kierownicze za zaniedbania przynoszące korzyść faszyzmowi. Więzienie – za pochwalanie takowych zaniechań w pismach lub drukach. Art 6 przewidywał odpowiedzialność dla osób, które „przez oszukańcze zabiegi, stosowanie nacisku moralnego lub korupcje narzuciły Narodowi antydemokratyczną konstytucje lub usiłowały albo zmieniły prawnie obowiązujący ustrój Rzeczpospolitej Polskiej w duchu faszystowskim”. Za ten czyn też groziło dożywocie. Dekret podpisał: Prezydent KRN Bolesław Bierut, premier Edward Osóbka-Morawski i Minister Sprawiedliwości Henryk Świątkowski. Art 10 wyraźnie wskazywał, że ma on zastosowanie do przestępstw popełnionych przed 1 wrześniem 1939 r. Ocena polityki zewnętrznej i wewnętrznej II RP jest i zawsze będzie przedmiotem sporu historyków, tak jak i każdy inny temat z przeszłości. Dekret z 1946 określił w imieniu państwa jednolitą, obowiązująca ocenę i oddał w ręce sądów, prokuratury, UB i MO wyrokowanie w zakresie odpowiedzialności indywidualnej za czyny uznane przestępstwa kilka-kilkanaście lat po ich popełnieniu. I to bynajmniej nie było prawo martwe: do więzień na mocy tego dekretu trafiali przedwojenni politycy, urzędnicy, dziennikarze, nauczyciele – pozostali przy życiu po gehennie niemieckiej okupacji ludzie tworzący przedwojenną elitę intelektualną. Młody funkcjonariusz wykształcony na kursach ideologicznych, tłumaczył cierpliwie z pomocą pałki, że nie zdając sobie z tego sprawy osadzeni byli faszystami lub faszyzmowi służyli. Faszyzm za zło absolutne został uznany, gdy sojusz ZSRR, USA, Wlk Brytanii walczył z koalicją zawiązaną wokół hitlerowskich Niemiec. Na wojnie pierwszą ofiarą jest prawda; propaganda wojenna absolutyzuje wroga. Stąd świat się stał czarno-biały. Po „dobrej” stronie humanitarne, komunistyczne NKWD, po złej faszystowskie „gestapo”… Na konferencji w Jałcie sojusznicy – Stalin, Roosevelt, Churchill – pochylili się z troską nad losem Polski. „Szlachectwo zobowiązuje”, jako szczerzy demokraci chcieli dla Polski jak najlepiej… Przyjęto, że wybory władz suwerennego Państwa Polskiego muszą być w pełni demokratyczne. Tu pojawiły się wątpliwości: a co będzie, jeśli w tych demokratycznych wyborach wygrają polscy faszyści? Nie można było do tego dopuścić, więc ustalono, że nie mogą w demokratycznych wyborach uczestniczyć partie faszystowskie. Himmler powiedział: o tym, kto jest Żydem, decydujemy my – czyli SS. Podobnie mógł powiedzieć Stalin, Beria czy Bierut. O tym, kto jest faszystą: decydujemy my. Faszystą nie był autentyczny przedwojenny faszysta Bolesław Piasecki, ale stał się nim gen. Władysław Anders, socjalista Kazimierz Pużak czy ludowiec Stanisław Mikołajczyk. Jako partie faszystowskie wykluczono nie tylko przedwojenną „sanację” i Stronnictwo Narodowe, ale i PSL, PPS-WRN, SP. Na koniec okazało się, że niefaszystowskie i demokratyczne są tylko komunistyczna PPR i jej „przylepki”. Trzeba o tym pamiętać; zawsze ktoś decyduje o tym, kto jest faszystą, a kto – nie. I zawsze reglamentacja demokracji prowadzi do zbrodni. Sympatyczni i mili chłopcy z Antify (ruchu antyfaszystowskiego, głoszącego zakaz uczestnictwa w demokratycznych wyborach nielubianych ugrupowań, np. ONR, UPR, LPR czy PiS) wcześniej czy później – gdy przeforsują swoje idee – będą je wcielać w życie, kopiąc po nerkach i zagrzebując w wiezieniach tych, którzy się nie zgadzają z ograniczeniem swojej wolności. O tym, że można definiować, kto jest faszystą, mówić może tylko człowiek nie znający historii. Dyskusja jest przy tym trudna, dzięki narzuceniu wszystkim „stalinowskiej narracji”. Trudno jest dyskutować w XX w. o ideologiach, skoro w większości państw europejskich obowiązuje cenzura, ograniczająca dostęp do materiałów źródłowych, a za niektóre wypowiedzi można trafić do więzienia pod zarzutem „chwalenia faszyzmu”. Aresztowanie brytyjskiego pisarza Dawida Irvinga było tu wyraźnym ostrzeżeniem. Nikt z celebrytowanych obrońców indywidualnej wolności nie wystąpił w obronie Irvinga, zapominając, że prawdziwa tolerancja dotyczy przede wszystkim respektowania prawa do głoszenia poglądów nam przeciwnych, a nawet dla nas wstrętnych. Tylko nie znając historii, można zapraszać Niemców, by bili polskich faszystów; tak jak to miało miejsce w zeszłym roku. Gdy mówimy bowiem o polskim faszyzmie (bo pamiętajmy, że inny był faszyzm włoski, żydowski, ukraiński, czeski, angielski, rumuński – każdy kraj miał swoją specyfikę), powinniśmy przeprowadzić własny, w miarę obiektywny osąd, posługując się faktami. Trzeba odpowiedzieć na pytania:– czy polscy faszyści wsadzali, czy byli wsadzani do wiezień?– czy mordowali, czy też byli mordowani?– czy dokonali zdrady państwa przymierzając się z wrogą potęgą? Polskimi faszystami można nazwać przedwojennych działaczy Obozu Narodowo-Radykalego (ONR) lub żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych z czasów wojny. Nie można tych określeń rozciągać na cały obóz narodowy, bo „stare” Stronnictwo Narodowe nie tylko współtworzyło liberalną konstytucje „marcową” w 1921 r, ale także konsekwentnie broniło demokracji parlamentarnej. Obóz narodowy – to też zauważmy – nigdy samodzielnie nie rządził Polską, więc nie można mu przypisać pełnej odpowiedzialności za prowadzaną przed wojną politykę wewnętrzną. ONR powstał w 1934 r. i po trzech miesiącach funkcjonowania został zdelegalizowany. Założyciele trafili do obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej. Na pierwsze pytanie możemy odpowiedzieć: faszyści z ONR nie wsadzali (bo nie mieli władzy sądowniczo-policyjnej ani administracyjnej w II RP), ale byli wsadzani. Trafiali bez wyroku do obozu, byli skazywani na kary aresztu i więzienia. Skazywani, nie tuszujmy, słusznie: bo były to kary