1 lipca 2020 roku, był dla bohaterki naszego artykułu, dniem jak co dzień. Kobieta – chociaż płeć w tej sprawie nie ma żadnego znaczenia – wracając wieczorem po pracy do domu natknęła się przed drzwiami swojego mieszkania na czterech mężczyzn. Na pytanie, o co chodzi, panowie pokazali legitymacje policyjne, bo umundurowani nie byli. Stwierdzili od razu, że kobieta ma z nimi pójść, bo jest zatrzymana. Na prośbę o przedstawienie nakazu, kobieta w odpowiedzi usłyszała, że „pisma na razie nie ma, ale zaraz będzie”. Jeden z mężczyzn przełożył stopę przez próg i powiedział do kobiety, że ucieczka jest daremna – tyle wstępu.A teraz wyobraźmy sobie, że taka sytuacja przydarzyła się nam. – Zacznijmy od początku…– Tego dnia byłam w pracy do godziny mniej więcej 21.00, a zajmuję się kosmetyką. W tym czasie moim 7-letnim synem, a dodam, że jestem samotną matką, zajmowała się niania. Gdy ona wychodziła, a ja wchodziłam do mieszkania, w drzwiach stanęło czterech nieznanych mi mężczyzn. Spytałam, o co chodzi? Wtedy jeden z nich pokazał mi legitymację policyjną, bo umundurowani nie byli. Powiedzieli od razu, że mam z nimi iść. Spytałam, gdzie i w jakim celu i przede wszystkim, co się dzieje? Powiedzieli mi, że jestem zatrzymana. Poprosiłam o pokazanie jakiegoś pisma, nakazu, na podstawie którego weszli do mojego mieszkania i każą mi iść ze sobą. Odpowiedzieli, że pisma na razie nie ma, ale zaraz będzie, więc „już nie ucieknę” i jeden z nich przełożył stopę przez próg. Poprosiłam, by wrócili z takim pismem, a ja wtedy otworzę i porozmawiamy…Mój 7-letni syn bardzo się wystraszył, przytulił się do mnie mocno i zaczął pytać, co się dzieje, kim są ci panowie. Gdy usłyszał, że to panowie policjanci, znieruchomiał, bo miał w pamięci zdarzenia z przeszłości, gdy byliśmy szykanowani przez policję.– Szukała Pani pomocy wśród rodziny, znajomych…?– Zadzwoniłam do mojej mecenas, opowiedziałam jej co się dzieje. W ciągu kilku następnych minut pojawił się kolejny policjant z pismem, nakazującym mnie zatrzymać. Syn zaczął płakać. Powiedziałam policjantom, że nie mogę tak po prostu wyjść i zostawić 7-letniego dziecka, zszokowanego, płaczącego, samego w domu, że potrzebuję czasu na zorganizowanie dla niego opieki, a moi rodzice mieszkają na drugim końcu Częstochowy. Policjanci byli niewzruszeni. Nie mając innego wyjścia zapukałam do sąsiadki, którą syn zna i lubi. Na szczęście była w domu, więc poprosiłam ją o zajęcie się synem pod moją nieobecność. – Czy z policją był ktoś, kto mógłby przejąć opiekę nad dzieckiem?– Nie, nie było nikogo takiego. – Z dokumentów wynika, że podczas zatrzymania była Pani agresywna i niegrzeczna…– Nie wiem, dlaczego tak napisano. Wyszłam z domu od razu. Przecież tam było czterech mężczyzn, a ja byłam przerażona, więc nie przyszło mi do głowy stawiać opór. Na zewnątrz stały trzy samochody, co mnie zdziwiło, że po jedną samotną kobietę policja wysyła aż trzy samochody. Zawieziono mnie na komisariat numer 3 w Częstochowie. Wprowadzono mnie do sporej sali, gdzie policjantów było około 10-ciu. Było tam bardzo duże zamieszanie. Cały czas pytałam, o co chodzi. W tym czasie przyjechała moja prawniczka. Policjanci zaczęli spisywać swoje dokumenty i w końcu powiedzieli mi, że jestem zatrzymana do dyspozycji prokuratora. Do momentu przybycia na komisariat nie wiedziałam, dlaczego i w jakiejś sprawie zostałam zatrzymana. Dopiero tam poinformowano mnie, że w sprawie podejrzenia prowadzenia pojazdu bez uprawnień. Byłam zdziwiona, bo wcześniej nie dostałam żadnego wezwania z policji, czy z prokuratury, nikt do mnie nie zadzwonił, nikt nie próbował się ze mną skontaktować w tej sprawie. – I co było dalej na komisariacie?– Policjantka kazała mi pójść za sobą i poprowadziła mnie do toalety. W drzwiach kazała mi się rozebrać, zdjąć bieliznę i robić przysiady, w celu sprawdzenia, czy nie ukrywam w odbycie lub w pochwie jakichś niedozwolonych substancji, np. narkotyków czy też przedmiotów. Nie rozumiałam tego kompletnie. Było to wyjątkowo upokarzające, zwłaszcza, że drzwi były otwarte, a policjanci / mężczyźni – przechodzili w jedną i drugą stronę. Czułam się fatalnie w tej sytuacji. – Czy prawnik, reprezentujący Panią podjął działania na komisariacie?– Moja mecenas stwierdziła, że jak 30 lat pracuje w zawodzie, tak jeszcze takiej sytuacji nie widziała. Dzwoniła kilkanaście razy do prokuratora, który wydał postanowienie o moim zatrzymaniu. Niestety ten nie odbierał telefonu. W końcu zadzwoniła do innego prokuratora, który powiedział, że nie będzie wchodził w kompetencje kolegi, i że tylko ten prokurator, który wydał postanowienie o zatrzymaniu może je cofnąć. Nic więcej nie mogła zrobić w tamtym momencie. Jeden z policjantów zakuł mnie w kajdanki i zaprowadził do samochodu – więźniarki. W środku było już dwóch innych policjantów. Okazało się, że zawożą mnie do Zawiercia. Po drodze, w jakiejś mniejszej miejscowości, wsiadła kolejna policjantka. W areszcie w Zawierciu tamtejsi policjanci byli bardzo zdziwieni, że mnie do nich przywieziono. Pytali, jakie mam zarzuty. Gdy powiedziałam, że chodzi o jazdę samochodem bez uprawnień zdziwili się jeszcze bardziej. Dano mi jakiś obskurny materac, pościel i poduszki, które wcześniej leżały na ziemi. Zastanawiałam się, czy to jest czyste, czy po kimś, zwłaszcza że mamy czas pandemii koronawirusa. Warunki były straszne. Zamknięto mnie w tym okropnym pomieszczeniu. Gdy spytałam, jak długo tu będę siedzieć, policjanci odpowiedzieli, że nie wiedzą, natomiast na postanowieniu o zatrzymaniu było 48 godzin. – Co się wydarzyło później?– Następnego dnia rano spytałam, jak wygląda dalej procedura mojego zatrzymania. Usłyszałam, że musi przyjechać ktoś z Częstochowy i mnie zabrać. Koło godziny 13-tej przyjechał patrol z Komisariatu III w Częstochowie. Znów zakuto mnie w kajdanki i zawieziono na ten komisariat. Tam panowie się kłócili między sobą, który ma mnie odwieźć do prokuratury, bo jeden kończy zmianę, a drugiemu się nie chce. W końcu dotarliśmy. Prokuratora, który wydał nakaz o zatrzymaniu mnie, nie było. Był inny prokurator i to on przyjął ode mnie zeznania w obecności mojej mecenas. Odzyskałam wówczas swój telefon. Po włączeniu go okazało się, że mam kilka niedobranych połączeń z przedszkola, do którego chodzi mój syn, bo sąsiedzi musieli iść do pracy, więc go tam zaprowadzili. Przedszkolanka prosiła, bym natychmiast odebrała syna, bo jest bardzo zdenerwowany, opowiada, że mamę zabrała policja, i że nie wie gdzie ja jestem. Po wyjściu z prokuratury pojechałam najpierw po syna, a potem do domu. – Opowiedzieliśmy historię