
W pierwszej części (w poprzednim numerze) głos oddaliśmy osobom poszkodowanym, które zakupiły turbiny wiatrowe (m.in. firmy Dospel z Częstochowy) w nadziei na niższe rachunki za prąd. Tylko że obracające się na dachach wiatraczki za kilkadziesiąt tysięcy złotych, praktycznie prądu nie produkują. Żadna instytucja państwowa nie jest w stanie odpowiedzieć naszej redakcji na pytanie – czy przydomowe turbiny wiatrowe to genialny wynalazek czy raczej gigantyczny przekręt na ogromną skalę. A zarzuty się mnożą. Po pierwsze, żaden organ publiczny nie sprawdza wydajności wiatraków, chociaż finansuje ich zakup przez obywateli. Po drugie, pula 400 milionów złotych w ramach rządowego programu Moja Elektrownia Wiatrowa, okazała się wspieraniem przestępczych wręcz działań, niektórych producentów małych turbin wiatrowych. Po trzecie, tysiące Polaków ruszyło z wnioskami o dofinansowanie, a dziś rwą włosy z głowy, czy nie przyjdzie im zwracać otrzymanych od państwa pieniędzy, skoro nie realizują głównego celu samodzielnego wytwarzania prądu. Po czwarte, obywatel czuje się oszukany i porzucony przez swój własny rząd, który zapomniał o najważniejszej roli państwa - zapewnienie bezpieczeństwa, w tym ochrony przed nadużyciami i przestępczością gospodarczą. Po piąte, nareszcie organ państwowy przyznał, że powodem zamknięcia programu Moja Elektrownia Wiatrowa są wadliwe turbiny i nierzetelni producenci oraz wykonawcy.





