7dniSzokująca opowieść pacjentki z Ośrodka w Parzymiechach Alkoholizm zwany „chorobą alkoholową” lub „uzależnieniem od alkoholu” – jak każda groźna choroba, nieleczona, prowadzi do śmierci, m.in. z powodu marskości wątroby. Ośrodki odwykowe, publiczne i prywatne, których nie brakuje w całym kraju mają za zadanie tak zwane usunięcie skutków zatrucia, a finalnie poprowadzenie pacjenta w kierunku trzeźwości.Ośrodek w podczęstochowskich Parzymiechach jest znany i w zasadzie z uznaną renomą. Tym bardziej zaskakuje opowieść jednej z pensjonariuszek Ośrodka Terapii Uzależnień w Parzymiechacch, która podzieliła się z naszą redakcją własnymi spostrzeżeniami z pobytu na odwyku. – Dlaczego chce pani o tym opowiedzieć…?– Uważam, że społeczeństwo powinno wiedzieć o tym, co dzieje się z publicznymi pieniędzmi. Osoby uzależnione natomiast muszą mieć świadomość, co ich czeka w Parzymiechach, by nie doznali szoku tak, jak ja. Rodziny chorych też powinny wiedzieć, gdzie wysyłają swoich bliskich. – Zacznijmy od początku, na pani przykładzie. Jak dostać się do takiego ośrodka?– Wystarczy przyjść do lekarza pierwszego kontaktu i przyznać, że jest się uzależnionym od alkoholu. Wtedy dostaje się skierowanie na leczenie w zamkniętym ośrodku. – Nie potrzeba żadnych badań?– Nie, nie potrzeba. Dostając skierowanie można od razu jechać do ośrodka, samemu albo z kimś z rodziny, w zależności w jakim jest się stanie, bo można być pod niewielkim wpływem alkoholu. Może okazać się, że nie ma wolnych miejsc w ośrodku. Zakład w Przymiechach pomieści maksymalnie 120 osób i czasami trzeba poczekać kilka dni. Na dobrą sprawę mogę nie być alkoholiczką i też wziąć sobie to skierowanie… dla niektórych to taki sposób na życie. – Co się dzieje z pacjentem, który trafi już do ośrodka?– Zaczyna się od detoksu. Detoks może trwać do dwóch tygodni i jest na oddziale zamkniętym – stamtąd nie ma wyjścia. Potem przechodzi się na terapię. Pacjent przyjmowany do ośrodka w Parzymiechach podpisuje zgodę albo tylko na detoks albo też na terapię. Jeżeli podpisuje na terapię, to wtedy zostaje w zakładzie jeszcze osiem tygodni, ale już na innym oddziale. – Jak wygląda terapia?– Ośrodek w Parzymiechach jest ośrodkiem otwartym, więc jest możliwość wyjścia. Pacjenci nie są legitymowani jak przekraczają bramę, mogą iść do sklepu, mogą nawet wyjechać. Ci, którzy chcą korzystać z życia aktywnego, to oni wiedzą o których godzinach są leki wydawane, o których godzinach jest sprawdzana trzeźwość itd. Tu pacjent pilnuje personelu, a nie personel pacjenta. W każdym razie nikt nie sprawdza, czy ktoś przyjeżdża w odwiedziny, czy ludzie sobie przyszli po prostu pozwiedzać, czy może szukać jakiejś przygody… Na wspólnych terapiach, gdzie są i kobiety i mężczyźni, zwłaszcza mężczyźni dowiadują się, które kobiety nie żyją z mężami, które są wolne, które mają poszarpane relacje w rodzinie, wiedzą również o stanie majątkowym. Tworzą się pary, które przejawiają chęć do pewnych zachowań w stosunku do siebie. – Ale przecież Ci ludzie powinni mieć czas zajęty terapiami…– Są zajęcia, od godziny 9 do 18 z przerwą w porze obiadowej, ale i na to jest sposób. Można się źle poczuć… pacjent zgłasza, że się źle czuje i zwalnia się z terapii. Umawia się z pacjentką, koledzy udostępniają mu pokój i tam dochodzi do kontaktów seksualnych. Pielęgniarki nie wiedzą, kto się u terapeutów zwalnia… – Pacjenci nie podpisują dokumentów zakazujących im takich praktyk, takich kontaktów?– Podpisują, ale co z tego… tam nie ma dyscypliny, tam jest pełny luz. Są dwa budynki – w pierwszym są dwa pawilony – jeden, gdzie jest detoks i drugi na parterze, gdzie są kobiety i mężczyźni – połowa pokoi zajmowanych jest przez kobiety, połowa przez mężczyzn. Drugi budynek to tak zwany „Zameczek” – tam są sami mężczyźni. Ale drzwi tych obiektów są całą noc otwarte. Detoks w teorii jest zamknięty, ale pod damskim prysznicem odbywa się… – Chyba pani przesadza…?– A gdzie tam… przeforsowała faceta pod prysznic… – Co to znaczy „przeforsowała”?– Jest korytarz w kształcie litery L. Personel jest na końcu korytarza, ale pielęgniarki mają też pokoik, w którym czasem przebywają. I wtedy kobieta przepuści do łazienki damskiej mężczyznę i pod prysznicem odbywa się seks. Wieczorami, po godzinie 21 też jest czas wolny, więc przemycają się, wychodzą przez ogrodzenie i wtedy już bez kontroli… Wiek niekiedy nie ma znaczenia. Jak taki 50-latek weźmie sobie dużo młodszą dziewczynę, to się dowartościuje. Dowiedziałam się, że ostatnio młoda pacjentka zadzwoniła po swoich kolegów, Ci przyjechali pod zakład, kilka dziewczyn wyszło z ośrodka, pojechały samochodem, najwyraźniej zarobiły… i wróciły. – Personel i dyrekcja nie widzą co się dzieje?– Na dyżurze zawsze jest jeden psychiatra, na detoksie trzy albo cztery pielęgniarki. Ale np. leki wydawane są o określonych godzinach w określonych pomieszczeniach, więc wie pani… Poza tym alkoholicy to manipulanci, na tych terapiach tak kłamią, że nagle mężczyźni stają się bossami, a kobiety jak nie mają pieniędzy, to mają interes, choćby na paczkę papierosów zarobić. Personel może i wie, ale nabrał wody w usta. Każdy chce pracować, a ma być pełne obłożenie ośrodka, po prostu muszą być pacjenci. Nie jest zatem w interesie personelu, żeby ktokolwiek z zewnątrz dowiedział się o tym, co się tam wyprawia, bo wtedy nie byłoby takiego obłożenia. – A co z rodzinami, które odwiedzają pacjentów? Oni też nic nie wiedzą?– Jak przyjeżdża ktoś z rodziny, to wtedy pacjenci porozumiewają się komórkami, żeby dana osoba się nie wychylała, żeby nikt jej nie zapamiętał. Wszystko jest anonimowo. Nawet jakby kobieta dowiedziała się, że jej mąż miał kochankę, to w życiu nie dowie się nazwiska tej kobiety. Panuje pełna dyskrecja. – Ale chyba nie wszyscy, którzy trafiają do Ośrodka w Parzymiechach szukają tego typu przygód? W końcu to ośrodek leczenia uzależnień…– Większość osób zaraz po wyjściu pije. Oni nie mają interesu, żeby być trzeźwym. Oni się nawet skrzykują na wspólny pobyt w ośrodku, to lepsze niż sanatorium, bo nie czeka się trzy lata. A teraz nie trzeba się wstydzić, że ma się chorobę alkoholową, a jak ktoś jeszcze się leczy, to jest dobrze postrzegany przez ogół społeczeństwa, a wręcz uznawany za bohatera. Osoby pracujące mają wypisywane L4, czyli płacone za tą chorobę. Wie pani, dla niektórych to dobry sposób na życie, szczególnie dla osób bezrobotnych, bez prawa do zasiłku. – Co się powinno zmienić?– Przede wszystkim