Podobno „wszystkie dzieci są nasze” – ale najwyraźniej nie wszystkie i nie dla wszystkich, bo urząd miasta Częstochowy i Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej dopuścili do zamknięcia 2 z wcześniej istniejących 3 placówek opiekuńczo-wychowawczych typu rodzinnego na terenie Częstochowy. Konsekwencje działań urzędników dotkliwie uderzyły w najsłabszych i bezbronnych, bo w dzieci, których i tak los nie traktuje łaskawie. Placówki opiekuńczo-wychowawcze typu rodzinnego zapewniają dzieciom pozbawionym miłości rodzicielskiej – całodobową, ciągłą opiekę i wychowanie. Zgodnie z przepisami należy to „do zadań własnych gminy w zakresie pomocy społecznej o charakterze obowiązkowym”. Nikt więc nikomu – przynajmniej w teorii – łaski nie robi. Podwładni prezydenta Krzysztofa Matyjaszczyka (SLD) uważają jednak, że kierownictwo tego typu placówek nie tyle wykonuje pracę, co misję, a ta nie powinna dotykać sfery finansów. Dlatego rodzicielstwo zastępcze zostało sprowadzone w Częstochowie do roli żebraczej. Każde – skądinąd uzasadnione – apele dyrekcji placówek o środki finansowe np. na ogrzanie pomieszczeń, w których żyją dzieci, uznawane jest przez urzędników za wrogi atak na instytucję samorządową i kończy się serią kontroli.- W tej chwili jest mi wszystko jedno, bo odchodzę. Miasto chce mieć kontrolę całkowitą nad tymi ośrodkami. Jeśli my zrezygnujemy, miasto będzie mieć święty spokój. Taka prawda – mówi Jolanta Kossak. Jeden z polityków publicznie oświadczył: „Są i dobre strony biedy: żadne pacholę nie posiada smart fona, brak zabawek pobudza kreatywność, a cebula zamiast landrynek wzmacnia odporność… choć chuch po niej niepolityczny.” Ocenę tej wypowiedzi pozostawiamy Czytelnikom. Na początek odrobina statystyki. Na koniec 2019 roku w pieczy zastępczej przebywało w Polsce ponad 72 tysiące dzieci pozbawionych całkowicie lub częściowo opieki rodziny naturalnej, w tym niespełna 56 tysięcy w pieczy rodzinnej oraz ponad 16 tysięcy w pieczy instytucjonalnej. W ramach rodzinnej pieczy zastępczej funkcjonowało 36.006 rodzin zastępczych oraz 666 rodzinnych domów dziecka. Instytucje pieczy zastępczej opuściło w 2019 roku ponad 1.500 dzieci powracając do rodzin biologicznych, prawie 400 wychowanków zostało przysposobionych, a 2.500 pełnoletnich wychowanków się usamodzielniło. Równocześnie prawie 5 tysięcy dzieci napłynęło do placówek z rodzin biologicznych. Analizując dane widać wyraźny trend spadkowy liczby powrotów z instytucji do rodzin biologicznych. Po prostu rodziny nie chcą, bo porzucone przez nich dzieci wracały do domów. Tym bardziej istnienie placówek opiekuńczo-wychowawczych typu rodzinnego jest koniecznością, zwłaszcza że więzi kształtują się w pierwszych 3 latach życia dziecka i mają wpływ na cały jego późniejszy przebieg. To, gdzie i z kim dziecko przebywa, ma wpływ na jego relacje z innymi ludźmi, samoocenę, odporność na stres, a nawet stan zdrowia czy układ immunologiczny. Stworzenie dziecku możliwości wychowywania się w rodzinie, która odpowiada na wszystkie jego potrzeby, stanowi także inwestycję w przyszłość naszego społeczeństwa. Jeżeli nie jest możliwe zapewnienie dziecku adekwatnej i troskliwej opieki jego rodziców, potrzebne są inne ważne dla niego osoby, które mogą wejść w tę rolę i odpowiedzieć na naturalną potrzebę dziecka poczucia bezpieczeństwa. I właśnie taki podstawowy cel spełniają placówki opiekuńczo-wychowawcze typu rodzinnego.Skoro tak merytorycznie i bezbłędnie potrzeby dziecka porzuconego zdiagnozowali specjaliści, to dlaczego częstochowscy urzędnicy robią na opak? Z tym pytaniem udaliśmy się do Jolanta Kossak, która w czerwcu zamknęła prowadzoną przez siebie od prawie 20 lat placówkę opiekuńczo-wychowawczą typu rodzinnego: – Wcześniej mieliśmy trzy placówki w mieście, teraz została jedna, dlaczego?– Tak… Jest jeszcze jedna placówka na ul. Bardowskiego, ale na innych zasadach, tzn. za lokal, wodę i prąd płaci bezpośrednio urząd miasta, a w naszych placówkach za wszystko musieliśmy płacić sami. Tam, na Bardowskiego na 10 wychowanków było 6 opiekunów. A u mnie na 6 wychowanków było nas 2, w tej chwili moja siostra poszła na emeryturę i jestem sama. – Jak w ogóle układała się pani współpraca z urzędem miasta?– Z zastępcą prezydenta Częstochowy Ryszardem Stefaniakiem bardzo źle. Nawet na zebraniu, na którym mówiliśmy, że jest nam bardzo ciężko – a wtedy miałam dziewczynę na studiach w Warszawie i musiałam opłacać jej mieszkanie – chcieliśmy podwyżkę, to wtedy usłyszałam od Stefaniaka, że on też ma dziecko na studiach i płaci 1.500 zł za kwaterę. Tak, tylko pan prezydent zarabia kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, a ja tylko trzy i pół. Wtedy, gdy wystąpiliśmy o podwyżkę, dostaliśmy pismo od Stefaniaka, że będziemy mieć audyt, „bo skoro chcecie podwyżkę, to my sprawdzimy co robicie z tymi pieniędzmi”. Musieliśmy każde dziecko opisać, ja siedziałam z tydzień po nocach. Prawda jest taka, że urzędnicy miejscy nie liczyli się z naszymi potrzebami… Wtedy była sytuacja, że chcieli nam płacić po 660 złotych na dziecko, czyli zmniejszyć nam z 900 złotych. Gdybym miała więcej dzieci, to miałabym więcej pieniędzy i mogłabym ubrać to dziecko, miałabym na studia, na wszystko inne. Nie było pomocy ani wsparcia ze strony prezydenta resortowego, Stefaniaka. Teraz zresztą też jej nie ma… A to przecież prezydent Stefaniak powinien się pochylić nad naszym domem, zwłaszcza że sam doskonale zna temat, więc teoretycznie powinien wiedzieć jak to jest, i jak powinno się takim dzieciom pomagać, a nie nas gnębić. To co on wtedy powiedział o swoim dziecku, że też płaci – dzwoni mi w uszach do dzisiaj. Jak tak można?Moja pensja nigdy nie była wystarczająca i do tego cały czas byliśmy przez urzędników nękani. Gdyby mi powiedzieli „niech pani dalej prowadzi, a my damy pani kogoś młodego do pomocy, kto by ogarnął sprawy administracyjne, komputerowe” byłoby inaczej. Chciałam zostać dłużej, choć do września, bo troje dzieci zdawało maturę, więc chciałam poczekać na wyniki. Ale nowa naczelniczka powiedziała, że muszę iść na emeryturę i nie ma mowy o przedłużeniu. – Jak długo prowadziła pani placówkę?– Najpierw prowadziłam pogotowie rodzinne, później przekształciliśmy się w Rodzinny Dom Dziecka, a potem zmienili nas na placówkę typu rodzinnego. Około 40 dzieciaków przewinęło się przez moją placówkę, łącznie z pogotowiem. Sporo dzieci. Teraz niedawno miała wesele jedna z moich dziewczynek i dostałam miłą kartkę „kochana mamo, kochany tato dziękuję…”. Bardzo to było wzruszajcie.Są dzieci, z którymi cały czas utrzymujemy kontakt. Dla niektórych jesteśmy chrzestnymi, wręcz zapraszają nas na śluby. Czasem traktują jak dziadków, więc mamy przyszywanych wnuków, nosimy prezenty. Niektórzy wolą odwiedzić nas niż biologicznych rodziców. Są też takie, które się nie kontaktują, były krótko i poszły swoją drogą. Jest jeden chłopiec, który wrócił do matki, ale matka wszystkie dokumenty, które ja