Skontaktuj się z nami!

Reklama

To jest miejsce na Twoją reklamę

Kontakt

Tygodnik Regionalny 7 dni

Al. Wolności 22 lok. 12
42-217 Częstochowa

Redakcja

tel. 34 374 05 02
redakcja@7dni.com.pl
redakcja7dni@interia.pl

Biuro reklamy

tel. 34 374 05 02
kom. 512 044 894
marketing7dni@gmail.com
redakcja7dni@interia.pl

Edit Template

A teraz urzędnik wypełnia misję i nie pobiera wynagrodzenia…

Podobno „wszystkie dzieci są nasze” – ale najwyraźniej nie wszystkie i nie dla wszystkich, bo urząd miasta Częstochowy i Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej dopuścili do zamknięcia 2 z wcześniej istniejących 3 placówek opiekuńczo-wychowawczych typu rodzinnego na terenie Częstochowy. Konsekwencje działań urzędników dotkliwie uderzyły w najsłabszych i bezbronnych, bo w dzieci, których i tak los nie traktuje łaskawie. Placówki opiekuńczo-wychowawcze typu rodzinnego zapewniają dzieciom pozbawionym miłości rodzicielskiej – całodobową, ciągłą opiekę i wychowanie. Zgodnie z przepisami należy to „do zadań własnych gminy w zakresie pomocy społecznej o charakterze obowiązkowym”. Nikt więc nikomu – przynajmniej w teorii – łaski nie robi. Podwładni prezydenta Krzysztofa Matyjaszczyka (SLD) uważają jednak, że kierownictwo tego typu placówek nie tyle wykonuje pracę, co misję, a ta nie powinna dotykać sfery finansów. Dlatego rodzicielstwo zastępcze zostało sprowadzone w Częstochowie do roli żebraczej. Każde – skądinąd uzasadnione – apele dyrekcji placówek o środki finansowe np. na ogrzanie pomieszczeń, w których żyją dzieci, uznawane jest przez urzędników za wrogi atak na instytucję samorządową i kończy się serią kontroli.- W tej chwili jest mi wszystko jedno, bo odchodzę. Miasto chce mieć kontrolę całkowitą nad tymi ośrodkami. Jeśli my zrezygnujemy, miasto będzie mieć święty spokój. Taka prawda – mówi Jolanta Kossak.

Jeden z polityków publicznie oświadczył: „Są i dobre strony biedy: żadne pacholę nie posiada smart fona, brak zabawek pobudza kreatywność, a cebula zamiast landrynek wzmacnia odporność… choć chuch po niej niepolityczny.” Ocenę tej wypowiedzi pozostawiamy Czytelnikom.

Na początek odrobina statystyki. Na koniec 2019 roku w pieczy zastępczej przebywało w Polsce ponad 72 tysiące dzieci pozbawionych całkowicie lub częściowo opieki rodziny naturalnej, w tym niespełna 56 tysięcy w pieczy rodzinnej oraz ponad 16 tysięcy w pieczy instytucjonalnej. W ramach rodzinnej pieczy zastępczej funkcjonowało 36.006 rodzin zastępczych oraz 666 rodzinnych domów dziecka. Instytucje pieczy zastępczej opuściło w 2019 roku ponad 1.500 dzieci powracając do rodzin biologicznych, prawie 400 wychowanków zostało przysposobionych, a 2.500 pełnoletnich wychowanków się usamodzielniło. 
Równocześnie prawie 5 tysięcy dzieci napłynęło do placówek z rodzin biologicznych. Analizując dane widać wyraźny trend spadkowy liczby powrotów z instytucji do rodzin biologicznych. Po prostu rodziny nie chcą, bo porzucone przez nich dzieci wracały do domów. Tym bardziej istnienie placówek opiekuńczo-wychowawczych typu rodzinnego jest koniecznością, zwłaszcza że więzi kształtują się w pierwszych 3 latach życia dziecka i mają wpływ na cały jego późniejszy przebieg. To, gdzie i z kim dziecko przebywa, ma wpływ na jego relacje z innymi ludźmi, samoocenę, odporność na stres, a nawet stan zdrowia czy układ immunologiczny. Stworzenie dziecku możliwości wychowywania się w rodzinie, która odpowiada na wszystkie jego potrzeby, stanowi także inwestycję w przyszłość naszego społeczeństwa. Jeżeli nie jest możliwe zapewnienie dziecku adekwatnej i troskliwej opieki jego rodziców, potrzebne są inne ważne dla niego osoby, które mogą wejść w tę rolę i odpowiedzieć na naturalną potrzebę dziecka poczucia bezpieczeństwa. I właśnie taki podstawowy cel spełniają placówki opiekuńczo-wychowawcze typu rodzinnego.
Skoro tak merytorycznie i bezbłędnie potrzeby dziecka porzuconego zdiagnozowali specjaliści, to dlaczego częstochowscy urzędnicy robią na opak?

Z tym pytaniem udaliśmy się do Jolanta Kossak, która w czerwcu zamknęła prowadzoną przez siebie od prawie 20 lat placówkę opiekuńczo-wychowawczą typu rodzinnego:

– Wcześniej mieliśmy trzy placówki w mieście, teraz została jedna, dlaczego?
– Tak… Jest jeszcze jedna placówka na ul. Bardowskiego, ale na innych zasadach, tzn. za lokal, wodę i prąd płaci bezpośrednio urząd miasta, a w naszych placówkach za wszystko musieliśmy płacić sami. Tam, na Bardowskiego na 10 wychowanków było 6 opiekunów. A u mnie na 6 wychowanków było nas 2, w tej chwili moja siostra poszła na emeryturę i jestem sama.

– Jak w ogóle układała się pani współpraca z urzędem miasta?
– Z zastępcą prezydenta Częstochowy Ryszardem Stefaniakiem bardzo źle. Nawet na zebraniu, na którym mówiliśmy, że jest nam bardzo ciężko – a wtedy miałam dziewczynę na studiach w Warszawie i musiałam opłacać jej mieszkanie – chcieliśmy podwyżkę, to wtedy usłyszałam od Stefaniaka, że on też ma dziecko na studiach i płaci 1.500 zł za kwaterę. Tak, tylko pan prezydent zarabia kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, a ja tylko trzy i pół. Wtedy, gdy wystąpiliśmy o podwyżkę, dostaliśmy pismo od Stefaniaka, że będziemy mieć audyt, „bo skoro chcecie podwyżkę, to my sprawdzimy co robicie z tymi pieniędzmi”. Musieliśmy każde dziecko opisać, ja siedziałam z tydzień po nocach. Prawda jest taka, że urzędnicy miejscy nie liczyli się z naszymi potrzebami… Wtedy była sytuacja, że chcieli nam płacić po 660 złotych na dziecko, czyli zmniejszyć nam z 900 złotych. Gdybym miała więcej dzieci, to miałabym więcej pieniędzy i mogłabym ubrać to dziecko, miałabym na studia, na wszystko inne. Nie było pomocy ani wsparcia ze strony prezydenta resortowego, Stefaniaka. Teraz zresztą też jej nie ma… A to przecież prezydent Stefaniak powinien się pochylić nad naszym domem, zwłaszcza że sam doskonale zna temat, więc teoretycznie powinien wiedzieć jak to jest, i jak powinno się takim dzieciom pomagać, a nie nas gnębić. To co on wtedy powiedział o swoim dziecku, że też płaci – dzwoni mi w uszach do dzisiaj. Jak tak można?
Moja pensja nigdy nie była wystarczająca i do tego cały czas byliśmy przez urzędników nękani. Gdyby mi powiedzieli „niech pani dalej prowadzi, a my damy pani kogoś młodego do pomocy, kto by ogarnął sprawy administracyjne, komputerowe” byłoby inaczej. Chciałam zostać dłużej, choć do września, bo troje dzieci zdawało maturę, więc chciałam poczekać na wyniki. Ale nowa naczelniczka powiedziała, że muszę iść na emeryturę i nie ma mowy o przedłużeniu.

– Jak długo prowadziła pani placówkę?
– Najpierw prowadziłam pogotowie rodzinne, później przekształciliśmy się w Rodzinny Dom Dziecka, a potem zmienili nas na placówkę typu rodzinnego. Około 40 dzieciaków przewinęło się przez moją placówkę, łącznie z pogotowiem. Sporo dzieci. Teraz niedawno miała wesele jedna z moich dziewczynek i dostałam miłą kartkę „kochana mamo, kochany tato dziękuję…”. Bardzo to było wzruszajcie.
Są dzieci, z którymi cały czas utrzymujemy kontakt. Dla niektórych jesteśmy chrzestnymi, wręcz zapraszają nas na śluby. Czasem traktują jak dziadków, więc mamy przyszywanych wnuków, nosimy prezenty. Niektórzy wolą odwiedzić nas niż biologicznych rodziców. Są też takie, które się nie kontaktują, były krótko i poszły swoją drogą. Jest jeden chłopiec, który wrócił do matki, ale matka wszystkie dokumenty, które ja mu piszę niszczy. Nawet pieniądze, które miał, matka mu zabrała. Nie ma wsparcia, opieki. Pewnie w zimę będzie spał na klatkach schodowych, bo matka pije. Chciałabym mu pomoc. Człowiek zawsze żałuje tych dzieci. Chciałabym zrobić ile tylko się da, by im pomóc, a nie zawsze się da.
A ostatnio była u mnie trójka dzieci. Jedna z dziewczynek miała zawsze świadectwo z paskiem i zawsze z Orlenu dostawała 3 tysiące złotych, więc sobie z tego korzystała. Kolejna jest całkowitą sierotą od 2010 roku, matka się zapiła na śmierć, ojciec zmarł na gruźlice. No i od 6 lat mam chłopaka, w tej chwili ma 20 lat, teraz zdawał maturę, bo powiesił mu się ojciec, przez co dwa lata nie chodził do szkoły, bo z powodu wstrząsu nie był w stanie. Jedna z tych dziewczynek ma syndrom FAS (alkoholowy zespół płodowy). Skończyła szkołę fryzjerską, zdała prawo jazdy, chociaż gdyby nie była chora mogłaby osiągnąć więcej.

– A gdyby mogła pani cofnąć czas, to też wybrałaby pani ten zawód?
– Ja kocham dzieci, zrobiłabym wszystko, żeby jakoś poukładały sobie życie. Takich dzieci zostawionych samym sobie jest bardzo dużo. Jest dużo szarpania się, to są ciągłe stresy i nerwy. A przede wszystkim nieustający niedobór pieniędzy. Pensji też nie mieliśmy wystarczających. Nigdy nie wykorzystywałam ich na siebie. Mój mąż zawsze pracował na dwóch etatach. Bez tego na pewno nie dalibyśmy rady. Na przykład była sytuacja, że jedna z dziewczynek musiała mieć operację, którą z własnych pieniędzy opłaciliśmy, bo ubezpieczyciel robił problemy. 

– Ma pani ogromne doświadczenie…, gdzie tkwi błąd w polityce miasta w sprawie opieki zastępczej?
– Miasto chce mieć kontrolę całkowitą nad tymi ośrodkami, bo przecież zawsze chodzi o pieniądze. U państwa Michoń – z tej drugiej placówki, która właśnie została zamknięta – była sytuacja, że MOPS przysłał im pomoc na 3 tygodnie, żeby mogli wyjechać na urlop, ale wtedy za te 3 tygodnie dostali tylko 600 złotych na czwórkę dzieci. I to jest pomoc? Więcej już z takiej pomocy nie skorzystali.

W podobnym tonie o współpracy miasta Częstochowy z placówkami opiekuńczo-wychowawczymi typu rodzinnego wypowiadał się Zbigniew Michoń. Ta placówka też przestała istnieć:

– Niektórzy mówią bezczelnie, że prowadzenie takiej placówki to „złoty interes”. Ja się pytam: skoro tak, to dlaczego nikt tych dzieci nie chce wziąć do swojego domu? To dlaczego w ciągu ostatnich 12 lat prezydentury Krzysztofa Matyjaszczyka nie otworzyła się ani jedna placówka opiekuńczo-wychowawcza typu rodzinnego na terenie Częstochowy? To z jakiego powodu chętni do otwarcia tego typu ośrodka nie walą do magistratu drzwiami i oknami i nie garna się do tego „złotego biznesu”? Mieliśmy dzieci z orzeczeniami poradni pedagogiczno-psychologicznej i różnymi dysfunkcjami oraz dzieci niepełnosprawne umysłowo. Jedno z dzieci musiało mieć operację, która na szczęście została w Żorach wykonana za darmo, ale potem przez kilka tygodni musieliśmy jeździć z dziewczynką do kontroli. Żadnego z urzędników nie interesuje, czym pojedziemy i skąd mamy wziąć na paliwo. Taka to jest współpraca z miastem!

O wypowiedź poprosiliśmy również reprezentanta jedynej, jeszcze działającej na terenie Częstochowy placówki opiekuńczo-wychowawczej typu rodzinnego, Radosława Domańskiego:

– Placówka rodzinna jest placówką sprawującą opiekę nad dziećmi pozbawionymi właściwej pieczy ze strony rodzin naturalnych. Ideą placówki jest wychowanie porzuconych dzieci w strukturach rodziny.
W naszym domu zamieszkuje w chwili obecnej siedmioro dzieci. U niektórych z nich zdiagnozowano FAS (alkoholowy zespół płodowy).
W sytuacji zgłaszania potrzeb do urzędu miasta Częstochowy są organizowane „kontrole” odwetowe. W marcu 2021 roku z pominięciem zagrożeń związanych z COVID 19 i zakazów Sanepidu (nie ma jeszcze szczepień i jeszcze nie wiadomo jaka jest skala zagrożenia, w chwili pozamykanych urzędów i sklepów) na polecenie urzędu miasta wkraczają urzędniczki MOPS i dokonują przeszukań i przesłuchań rodziców zastępczych oraz dzieci.
Jedno z dzieci jest oddalone przez psychologa MOPS-u poza teren placówki, celem zdobycia „cennych” informacji o rzekomej przemocy na terenie naszej placówki. Insynuowanie przemocy w domu przez pracowników MOPS-u w Częstochowie było już wykorzystywane w latach ubiegłych
wielokrotnie. Warto nadmienić, że kontrole są też przeprowadzane przez Wojewodę Śląskiego, który nigdy żadnych, ważnych nieprawidłowości nie potwierdził. Wręcz ocena placówki przez służby wojewody była więcej niż pozytywna.
Ciepłe i rodzinne relacje są potwierdzane przez wielu, wielu przyjaciół (osoby niespokrewnione). To dzięki przyjaciołom (wyłącznie) zachowywany jest jako taki standard życiowy dzieci i ich opiekunów. To z pensji i dodatkowych umów o pracę opiekunów jest dokonywana większość napraw, serwisu, utrzymanie jakości bytowej, poziomu edukacji, pomocy medycznej, komfortu, zabawy i rozrywki.
Rodzicielstwo zastępcze zostało sprowadzone w Częstochowie do roli żebraczej.
Gdy zima zaskoczy urzędników w słuchawkach telefonów usłyszymy: „No wiecie Państwo – jak jest zima to musi być zimno”.
Opiekunowie mają być brzydcy, źle ubrani i chodzić na piechotę i najlepiej po piachu – dzielnica Gnaszyn od lat 70-tych, kiedy to została przygarnięta przez Miasto, nie doczekała się chodników. Dzieci zaś nie muszą jeździć na rowerach i posiadać ładnych ubrań.

Udostępnij:

3 komentarz

  • Mieszkanka

    Bardzo poważne zarzuty pod adresem miasta. Czy Redakcja może zwrócić się do Urzędu Miasta oraz Wiceprezydenta o ustosunkowanie się?

  • Mieszkanka

    Bardzo poważne zarzuty pod adresem miasta. Czy Redakcja może zwrócić się do Urzędu Miasta oraz Wiceprezydenta o ustosunkowanie się?

  • Anonim

    Lewica psia krew …

  • Anonim

    Lewica psia krew …

  • Anonim

    Dlatego PiSiory będą rządziły po wsze czasy !!!

  • Anonim

    Dlatego PiSiory będą rządziły po wsze czasy !!!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Dołącz do nas!

Zapisz się do Newsletera

Udało się zasubskrybować! Ups! Coś poszło nie tak...
Archiwum gazety
Edit Template
Materiały audio
Materiały wideo

Kontakt

Tygodnik Regionalny 7 dni

Al. Wolności 22 lok. 12
42-200 Częstochowa

Biuro reklamy

tel. 34 374 05 02
kom. 512 044 894
e-mail: marketing7dni@gmail.com
e-mail: redakcja7dni@interia.pl

 
Redakcja

tel. 34 374 05 02
e-mail: redakcja@7dni.com.pl
e-mail: redakcja7dni@interia.pl

Wydawca 7 dni

NEWS PRESS RENATA KLUCZNA
Al. Wolności 22 lok. 12
42-200 Częstochowa
NIP: 949-163-85-14
tel. 34/374-05-02
mail: redakcja@7dni.com.pl

Media społecznościowe

© 2023 Tygodnik Regionalny 7 dni
Skip to content