Złośliwi powiadają, że kompleks prowincjonalny wyraża się lękliwym oczekiwaniem na opinie świata. Co powie świat, gdy się dowie, że kontrolowany, prowokowany, inspirowany przez ABW wariat chciał wysadzić w powietrze Sejm z przyległościami… A co, gdy się dowie, że u nas antysemityzm tryska na ulicach, a ludzie bojkotują film „Pokłosie”? Na domiar złego są tacy, którzy wierzą w teorie spiskowe, tworząc „plemię smoleńskie”; a na uczelniach kwitnie negacjonizm w stosunku do dogmatu globalnego ocieplenia. A więc świat, uosobiony przez światłego mieszkańca Nowego Jorku, Paryża, Londynu, czyta o nas w swojej gazecie i mówi: a fe!Nie przeczę, że może się znaleźć taki mieszkaniec. Podejrzewam jednak, że zdecydowana większość mieszkańców większych i mniejszych miast świata ma głęboko w nosie problemy Polski, bo nawet nie wie, gdzie to jest. I to mnie cieszy – interesujące dla odbiorców są sytuacje nienormalne: krwawe dyktatury, wojny, afery, ludobójstwa. Bezpieczniej i przyjemniej żyje się w nieciekawym (dla mediów) kraju. Nie przesadzajmy także z naszymi prowincjonalnymi kompleksami. Buraki rosną nie tylko na Mazowszu, ale i w Ohio, Normandii czy Nadrenii.Tak jak nie powinniśmy martwić się naszą normalnością, tak i nie wstydźmy się uznać, że kompleks prowincjonalny jest ogromną siłą cywilizacyjną. W normalność wpisana jest obawa przed oceną elit łączona z marzeniem o zakwalifikowaniu się do owego „górnego kręgu”. Każdy liczy się ze zdaniem tych, których uważa za lepszych. Oczywiście dla każdego to słowo „lepszy” ma inne znaczenie, a więc i wybór opiniodawczej elity jest uznaniowy. Słowa uznania profesora Politechniki Warszawskiej więcej znaczą dla początkującego inżyniera niż dla piłkarza „Legii”. Ktoś może marzyć o usłyszeniu wypowiedzianych przez Dodę słowach: „jesteś za….bisty”, inny gotów jest czołgać ze swym obrazem na plecach, by zwrócić na siebie uwagę słynnej pani Marii Porzęckiej.Sam też odczuwam takowy kompleks, drżenie przed oceną Czytelników. Wiem, jak łatwo przekroczyć granicę i z pismaka zmienić się w starego, nudnego pierdołę.Miejmy świadomość, że gdyby nie obawa przed oceną elit, nigdy byśmy nie nauczyli się jedzenia z talerza z pomocą widelca i noża. Kto, nieprzymuszony, tak komplikowałby sobie życie? Gdy byłem młody, w miejscach publicznych stały spluwaczki a jaskrawe napisy apelowały, by pluć do nich, a nie na podłogę. Jest więc szansa, że wzgląd na opinie elit wymusi rezygnację ze zwyczaju oklejania ławek gumą do żucia. Mój sąsiad zauważył, że kultura tak wzrosła, że nawet na Rakowie żony się tłucze za zamkniętymi drzwiami, a nie zwyczajowo, na podwórku, obok trzepaka.Nie jest zatem rzeczą zdrową i wskazaną całkowite pozbywanie się kompleksów. Jak jednak ze wszystkim, to i tu zachowajmy umiar. Nie traktujmy pewnych rzeczy inaczej niż na to zasługują.Pewien, bardzo dobry, reżyser wyraził ochotę zrobienia filmu o katastrofie w Smoleńsku, odpowiadającego wizji bliskiej zwolennikom spiskowej teorii. Potraktowano go tak, jakby w salonie puścił pawia, oczekując z obawą, co powie świat, jak się o tym dowie. A świat, co się tu bałwanić, ceni i ogląda filmy zbudowane na absurdalnych teoriach spiskowych, takie jak „JFK” Stone czy „Kod Leonarda”… I nie widzi w tym powodów do wstydu.Po prostu, jedno głupstwo ma lepszy, inne gorsz piar. Wybór, tak jak i wybór opiniodawczych, i wzorcotwórczych elit, zależy od nas.