To, co wydarzyło się we wtorek w częstochowskim magistracie, przechodzi ludzkie pojęcie. Opinia publiczna po raz kolejny musiała przełknąć gorzką pigułkę skandalu, w którym główną rolę odegrała Hala Sportowa Częstochowa. Przed kamerami stanął prezes miejskiej spółki, Daniel Woch. I co zrobił? Z uporem maniaka, posługując się dziennikarzami drwił z inteligencji mieszkańców Częstochowy, serwując nam wszystkim ordynarny kit. Prezes Woch wypluł z siebie potok słów, z których nie wynikało nic konkretnego. No, może poza jednym: próbą obrony ewidentnego układu.
Potwierdził mianowicie, że młodziutki Marszałek „jest pracownikiem hali kilka ładnych lat”, ale nie powiedział dokładnie od kiedy (zwłaszcza ze ma dopiero 25 lat)? Nie poinformował zebranych, czym się latorośl eksprezydenta Marszałka w spółce zajmowała (pełnił stanowiska kierownicze czy był szeregowym pracownikiem)? Prezes przemilczał formy zatrudnienia Marszałka juniora jeszcze jako ucznia czy już studenta (etat, umowa zlecenie czy o dzieło)?
Bezgraniczny tupet Woch zaprezentował światu mówiąc, że „dla mnie najważniejszą informacją jest to, czy dany kandydat ma kompetencje, wiedzę, wykształcenie. I ten kandydat, tą kwestię formalną przeszedł.”
Dalej Woch tłumaczył, że konkurs na stanowisko dyrektora, który wygrał jedyny kandydat w osobie syna byłego wiceprezydenta był transparentny, bo wisiał na BIP-ie. Może tak, a może nie – od kilku dni Biuletyn Informacji Publicznej Hali Sportowej Częstochowa jest nieaktywny.
Na pytanie przedstawiciela redakcji 7 dni obecnego na konferencji prasowej o prywatne relacje pomiędzy prezesem spółki miejskiej a potomkiem Jarosława Marszałka Woch odpowiedział, że to są jego prywatne sprawy i nie będzie o nich rozmawiał. Otóż nie, za publiczne pieniądze nie ma spraw prywatnych.
Napiętą sytuację próbował rozładować zastępca prezydenta Zdzisław Wolski, który rzucił mimo chodem: „ja nie mam zdolności muzycznych ani wokalnych i w związku z tym żadnych tego typu relacji nie mam.”
Skoro prezes Woch nie chce tematu komentować, to 7 dni zrobi to za niego.
Mikołaj Marszałek, do niedawna członek Młodzieżowej Rady Miasta Częstochowy i były zawodnik 4-ligowej drużyny piłkarskiej Aktywna Częstochowa Team jest prezesem Fundacji Grube Ryby. Z oficjalnych dokumentów wynika, że fundacja ma „wspierać wartości poprzez muzykę”, dzięki trupie muzycznej Grube Ryby. Pomysłodawcą był ojciec młodocianego szefa fundacji, Jarosław Marszałek.
A teraz najciekawsze: kto gra pierwsze skrzypce – a raczej gitary – w tym zespole? Sam Jarosław Marszałek oraz… szef Hali Sportowej, Daniel Woch! Mamy więc idealny, zamknięty krąg. Prezes miejskiej spółki i wpływowy polityk grają razem w zespole, którego fundacją zarządza 25-letni syn tego drugiego. Chwilę później ten sam 25-latek wygrywa „transparentny” konkurs w spółce estradowego kolegi.
Żeby pojąć skalę lewicowego „jam sesion”, warto przypomnieć, kto jeszcze zasila szeregi Grubych Ryb. To prawdziwa śmietanka lokalnej władzy. Na akordeonie przygrywa Krzysztof Smela, na gitarze Wojciech Konieczny, a w chórkach i na wokalu staje cała plejada oficjeli: Ryszard Stefaniak, Piotr Grzybowski, Tomasz Kucharski, Michał Król, Paweł Konieczny, Zbigniew Cierpiał i Bartosz Czaja.
Jedyny tak naprawdę konkret, który padł z ust prezesa Daniela Wocha to ogłoszenie, że „na ten moment takiego dyrektora nie posiadamy”. Czyli co: konkurs rozstrzygnięty, faworyt wygrał, ale dyrektora nie ma? Czysty Orwell w częstochowskim wydaniu.
Z wypowiedzi prezesa Daniela Wocha wynika, że on rzeczywiście nie dostrzega patologii zaistniałej sytuacji. Stwierdził bowiem, że „cały ten szum medialny jest dla mnie absolutnie niezrozumiały”.
Za to Częstochowianie żenujący przekaz doskonale zrozumieli, bo wbrew wyobrażeniom polityków, mają na czym czapkę nosić.
Renata R. Kluczna



