Jeśli mieszkańcy Częstochowy myślą, że problemy naszego miasta dotyczą tylko dróg, spółek miejskich i głębokiej korupcji – to są w grubym błędzie.
Na pytanie: czyje działania doprowadziły do rozdzielenia sześciorga dzieci, które miłość, czas i uwagę dorosłych znalazły w rodzinie zastępczej, a nie we własnej? Odpowiedź wymaga skupienia, by przypadkiem kogoś nie pominąć: dyrekcji Zespołu Szkół Katolickich, pracownikom socjalnym i kierownictwu MOPS-u, wydziałowi pomocy społecznej i resortowym władzom miasta oraz organowi założycielskiemu i nadzoru, którym jest urząd wojewódzki w Katowicach. Pierwsze pytanie rodzi kolejne: jaki interes w ewidentnym zniszczeniu, trzech Domów Dziecka typu rodzinnego miały instytucje publiczne? Wszystkie ten sam – pozbycie się zmuszającej urzędników do pracy placówki rodzinnej, która jojczy „z byle powodu”, że nie ma pieniędzy zimą na opał lub domaga się po 20 latach remontu łazienki. Dla biurokratów najlepszym rozwiązaniem problemu jest instytucjonalny Dom Dziecka, w którym skoszarowane dzieciaki pozostają pod całodobową opieką, zmieniających się co 8 godzin pracowników. Dom Dziecka to z założenia pozbawiona emocji instytucja, stosowana jako ostateczność w przypadku sierot oraz dzieci, których rodzice nie wywiązują się ze swoich zadań opiekuńczych. Osoby decyzyjne w Częstochowie, z powodu nieznajomości dogłębnej tematu i braku empatii, nie rozumieją argumentu, że każde dziecko ma prawo do rodziny i żaden, nawet najpiękniejszy Dom Dziecka z nowymi tapetami tego nie zastąpi. Na szczęścicie namiastkę miłości, poszkodowane przez los dzieci dostają w placówkach rodzinnych.
Peryferyjna dzielnica Częstochowy. W głębi działki przy ulicy, stoi piętrowy dom. Po podwórku biega pies, pod płotem błąka się kot. Budynek niczym szczególnym się w okolicy nie wyróżnia. A jednak to tu, od 20 lat działa Rodzinny Dom Dziecka, który prowadzi małżeństwo. Jeszcze kilka tygodni temu po domu krzątała się szóstka dzieci.
Decyzją częstochowskiego MOPS-u dzieciaki w wieku 15-18 lat, które były w rodzinie zastępczej od czwartego, piątego roku życia zostały rozdzielone i umieszczone w różnych placówkach na terenie Częstochowy. Silna więź emocjonalna, przez lata budowane relacje i zaufanie – jak krew w piach. Aż trudno sobie wyobrazić, co przeżywać musieli wszyscy członkowie tej rodziny, gdy brutalnie, bez cienia refleksji urzędnicy pozbawili ich dotychczasowego życia. A nie chodzi o dzieci zdrowe fizycznie i umysłowo, radosne i z miłymi wspomnieniami z dzieciństwa, ale o dzieciaki, które muszą być poddawane licznym terapiom z powodu zaburzeń, potwornych deficytów, upośledzeń, różnego rodzaju zespołów, jak FAS (Fetal Alcohol Syndrome – nieodwracalne zaburzenia fizyczne i umysłowe wywołane spożywaniem alkoholu przez kobietę w ciąży), a nawet niepełnosprawności. Do tego domu trafiały straumatyzowane maluchy, którym najbliższa, często skrajnie patologiczna rodzina zgotowała na ziemi piekło.
Czego doświadczyć musiał 5-latek, który nigdy nie jadał przy stole a pod nim i bronił jedzenia, jak wygłodniałe zwierze? Jak głębokie zaburzenie ma 17-latek, który nie jest w stanie zapamiętać dni tygodnia czy nauczyć się odczytywania godzin zegarka?
Brutalne wejście do domu urzędników z MOPS-u z nakazem zabrania dzieci, nie poprzedziły żadne przygotowania do nowej sytuacji – nie było żadnych rozmów ani spotkań z psychologiem.
Miało być jak Bóg przykazał…
A zaczęło się niewinnie. 17-letni Piotrek od września trafił do Zespołu Szkół Katolickich przy ul. Łukasińskiego – zawodówki specjalnej, w której od początku sprawiał problemy, czego wyrazem były częste uwagi kierownictwa placówki. Niestosowne zachowania wobec nauczycieli i pozostałych uczniów, używanie wulgaryzmów, a nawet niegroźne formy agresji, nie były mile widziane w katolickiej szkole dla dzieci. Podczas jednej z rozmów chłopca z zastępcą dyrektora Karolem Gałusem o tym „co tam w domu”, wyszło na jaw tyle, że: „co w domu, zostaje w domu”. Mocno zaburzony dzieciak powiedział to, co zdrowy na umyśle pedagog zinterpretował w dogodny dla siebie sposób.
Od tego momentu ruszyła machina urzędnicza. A tak na marginesie, analogiczna sytuacja mogłaby dotyczyć każdego z rodziców, których pomówiłby zbuntowany nastolatek.
Katolicka szkoła na bazie powziętej wiedzy o „różnych” sytuacjach w domu poinformowała częstochowski MOPS, a ten złożył zawiadomienie do prokuratury oraz założył niebieską kartę.
Później do placówki wkroczyli pracownicy pomocy społecznej i zabrali z domu wszystkie dzieci.
Wieloletni plan MOPS-u i wiceprezydenta Stefaniaka nareszcie mógł być zrealizowany, bo jak twierdzi małżeństwo prowadzące placówkę, ich współpraca z magistratem od dawna była daleka od poprawnych, a zakusów do ich likwidacji było wiele. Ten konkretny Dom Dziecka, jeszcze kilka lat temu był jednym z trzech, działających na terenie Częstochowy placówek tego typu. Dwie z nich równie bez wahania zostały zamknięte, więc ten dom dla dzieci dysfunkcyjnych był już ostatnim. Do teraz.
Urząd miasta zawnioskował do wojewody śląskiego o likwidację tej placówki, czego zamiar był planowany przez urzędników – jak twierdzi małżeństwo – od dawna. Incydent z Piotrkiem stał się idealną okazją. Urząd wojewódzki przychylił się do wniosku.
W kilka miesięcy po incydencie, wydział zakończył procedury kontrolne w sprawie rzekomego stosowania przemocy w Rodzinnym Domu Dziecka. Niebieska karta została zamknięta. Żaden z urzędników – dyrektor MOPS-u Małgorzata Mruszczyk i jej podwładni, naczelnik wydziału polityki społecznej Agnieszka Grabińska i jej pracownicy, czy nawet resortowy wiceprezydent Ryszard Stefaniak oraz służby wojewody śląskiego nie podjęli próby naprawienia szkody, a tym bardziej nie przeprosili opiekunów dzieci za dramat ich rodziny. To oczywiście nie oznacza, że zawsze wszystko w tym domu było idealne – jak w każdym. Mimo że od 15 lat urząd miasta nie realizował ustawowych obowiązków – zdaniem małżeństwa – dzieci były w nim szczęśliwe, a przecież o dzieci w tej sprawie chodzi. Innego zdania co do szczęścia małoletnich jest naczelniczka wydziału pomocy społecznej Agnieszka Grabińska, która na pytanie opiekunów: „Co z przywiązaniem dzieci do rodziny ?” Odpowiada: „To nie jest najważniejsze”.
A Piotrek…? Podobnie jak inne dzieci jest częstym gościem w byłym już domu. Pisze sms-y o tym, jak bardzo chciałby wrócić, i że jest mu źle i myśli o samobójstwie. Dzieci z poważnymi deficytami, a zwłaszcza Piotrek nie rozumieją, dlaczego obcy-dorośli wyrwali je z domu rodzinnego, w którym znaleźli stabilizację, zrozumienie ich potrzeb i rodzicielską miłość.
A zegar tyka…
Mówienie do urzędników, że najważniejsze jest dobro dziecka, że istotne są jego prawa, to tak jakby mówić w Częstochowie po chińsku. W dokumentach ministerstwa polityki społecznej czytamy, że „rodzinna opieka zastępcza nad dziećmi stanowi priorytetową formę pieczy zastępczej w stosunku do opieki instytucjonalnej”, czyli Domów Dziecka. Najwyższa Izba Kontroli wskazała, że „dominującym problemem w rozwoju rodzinnych form pieczy zastępczej był i nadal jest brak kandydatów do pełnienia tej funkcji”. W ocenie Izby taki stan rzeczy wynika przede wszystkim z niedostatecznego wsparcia państwa i samorządów dla istniejących rodzin zastępczych”. A Częstochowa jest tego idealnym przykładem.
Paradoksalnie to, na co stawia częstochowski samorząd oraz MOPS – na placówki instytucjonalne z pracownikami na godziny – stoi w sprzeczności ze strategią Unii Europejskiej, która zakłada zamknięcie w krajach członkowskich wszystkich Domów Dziecka do 2040 roku. W Polsce ponad 50 tysięcy dzieci znalazło opiekę w rodzinnych placówkach, ale prawie 20 tysięcy nadal przebywa w ośrodkach instytucjonalnych.
Polska jest na przedostatnim miejscu w Europie, jeśli chodzi o wskaźnik dzietności przy jednoczesnym wzroście liczby dzieci umieszczanych w pieczy zastępczej. Trzy grosze w tych statystykach dołożyła Częstochowa.
Ciąg dalszy nastąpi…
Renata R. Kluczna





3 komentarzy
Czyli przemoc z normalnej rodzinie jest od razu karana zabraniem dziecka, a w takiej placówce to incydent? Proszę….. trochę wyobraźni.
Słuszna decyzja z strony miasta ktoś w końcu się zainterował tymi incydentami
Czyli miasto wykazało się czujnością i rozsądkiem