Słowa zmieniają rzeczywistość, a rzeczywistość słowa. Starogreckie określenie “idiotes” oznaczało człowieka izolującego się od spraw wspólnoty. W czasach Kochanowskiego spolszczenie takowego greckiego i łacińskiego określenia pojmowano w sensie negatywnym, jako nazwa jednostki nie tylko obojętnej na dobro wspólne, lecz i (z tegoż względu) dyletanta, ignoranta, głupca. Do dziś zachowało się ostatnie znaczenie.
Zaangażowanie niekoniecznie musi być cechą pozytywną, gdy wspólnotowy tłum podąża za baranem jak owce na manowce. Ignorancja nie zawsze jest głupotą, bywa negowaniem obowiązującej doktryny o płaskoziemstwie. Człowiek rodzi się wolny, może robić co chce i myśleć co chce, byle nie krzywdził maluczkich. Nie musi myśleć wyłącznie dobrze i robić tylko dla dobra wspólnego.
Zatem wyznam: wolę być idiotą, niż entuzjastą „korony demokracji” za jaką uznaje się referendum. Nie wynika to z obojętności, czy niechęci do mojego miasta Częstochowy, choć czasem marzy mi się byt pacanowski, cichy i swojski, niewielkomiejski. Moja rezerwa płynie z doświadczeń historycznych – prawie nigdy w przeszłości zbuntowany tłum nie stał się nośnikiem zmian na lepsze. To, że inna teza pojawia się w podręcznikach historii, nie jest dla mnie przekonującym argumentem. W Częstochowie ogół obywatelski poreferendował sobie kilkanaście lat temu, nie zauważyłem, by dzięki temu miasto stało się kwitnące, a władza uczciwsza.
Bywa, że emerytowi obojętne jest kto (w sensie tożsamości politycznej) rządzi, byle był spokój i porządek. Z tego względu urzędujący prezydent ma z automatu fory wyborcze u emerytów. Czy nazwiemy takich emerytów „idiotes”, skoro ignorują obietnice lepszego życia składane przez walczącą o władzę opozycję? Jeśli posłuchać części głosów opozycji, to najpilniejszą potrzebą Częstochowy jest nowy stadion. Z emeryckich marzeń stadion znika, pojawia się pilniejsza potrzeba stworzenia ośrodka wsparcia dla chorych „alzheimerowców” (bo godność nie pozwala być nadmiernym obciążeniem dla bliskich). Lepsza przyszłość jest zatem ogólnym ideałem, tylko w zależności od wieku i potrzeb wyraża się innymi tęsknotami. Czy reprezentantów tęsknot „większościowych” lub głośniejszych nazwiemy z grecka „polites”, a cichszych – „idiotes”? I co takie określenie zmieni w rzeczywistości. Ani nie zwiększy szans Rakowa na kolejny tytuł, ani nie zmniejszy liczby „alzheimerowców”…
Skoro zmieniono system demokratyczny ograniczając różnorodnymi kruczkami prawnymi nasz wpływ na rzeczywistość, skoro obojętnie od naszych głosów ma nadal rządzić „partyjny układ” (różny w formie, tożsamy w treści) – warto rozważyć, czy bycie idiotą nie ma zalet. Fiskusy nie zabierają (jeszcze) nam całej emerytury, nie zależymy całkowicie od „miłosiernego wsparcia” władzy. Możemy sobie zachować pewien ogródek indywidualnej wolności, sami decydując, czy kupić sobie ciasteczko, czy piwko. Możemy przy tym ciasteczku lub piwie wymieniać własne myśli, niekoniecznie tylko takie wpojone za pośrednictwem sprzętu elektronicznego. Możemy w samotności lub w wąskim gronie „krewnych i znajomych Królika”, bytować błogo i spokojnie, obdarzając świat uśmiechem idioty.
A aktywni polites niech się nie martwią, w jaki sposób mieszając herbatę uczynić ją słodszą.
Jarosław Kapsa



