Łojki, Łojki, pamiętasz, lato bez snów… Jechałem więc, pełen nostalgii, przez Łojki, przez tą górniczą osadę rozpołowioną granicą między Częstochową a Blachownią. Kościół w Częstochowie, sklep w Blachowni, na szczęście kordon nie jest zamknięty murem i drutem kolczastym. Jest, bo mi w oko wpadł, bilbord z hasłem „Nie dla Centrum Integracji”. Na bilbordzie sylwetka „kibola” z kamieniem w ręku. Czy to atakujący migrant, czy broniący „strażnik granic”? Pies to wie, człowiek się domyśli…
Emigrowałem, z Łojek wprost do nieba… Bo życie młodych Łojczan balansowało między rezygnacją a marzeniem o migracji do wielkomiejskiego raju. Od zachodu autostrada, od południa DK-46, odcięci od Częstochowy, odcięci od Blachowni, niby razem, lecz administracyjnie podzieleni, część częstochowska nie ma nawet cienia odrębności, wciśnięta została do leżącego za szosą Gnaszyna. Nie ma więc rady dzielnicy, ani radnych z dzielnicy, projekty z tzw. „budżetu obywatelskiego” przegrywają z silniejszymi w populacje. Może więc przydałoby się tu jakieś Centrum Integracji, by złączyć Łojkowian, Łojki z Łojkami, Łojki z Częstochową, Łojki z Blachownią, Blachownię z Częstochową. Ale ten „protest-bilbord” nie o tym, celem plastyka jest mobilizacja ksenofobiczna, bo ponoć ksenofobia jest lepiszczem narodu.
Owszem, dobry klej pochodzi z padliny. Ale jaki Naród można ulepić z ksenofobii? Naród tchórzy, naród zakompleksionych małych ludków, naród „patriotów” marzący, by uciec do innego raju… Są ludzie, którzy wierzą, że homoseksualizmem zarazić się można przez dotyk, że jak się dziewczyna „zapatrzy” na czarnego, to jej się czarne dzieci urodzą, że wystarczy kilku muzułmanów, by nam się dzieci zbisurmaniły. Każdy wierzy, w to co chce, ale gdzie w tym popapraństwie „duma narodowa”, gdzie przekonanie o sile naszej kultury, naszej cywilizacji, naszej religii, skoro nie wierzymy w zdolność zintegrowania, tych którzy tu przybyli, tu chcą mieszkać, pracować, płacić podatki.
Nazywać się możemy „wolnościowcami”, ale nasza Statua Wolności zdobna jest „szalikiem kibola” i hasłem „obcy wy…lać”. Czy wolnością nazwiemy stan rządów strażników więziennych, pilnujących ochotniczo, by każdy zamknięty był w osobnej celi?
Przestrzeń Łojek została splugawiona bilbordem. Trudno, taka jest cena za wolność głosu. Nie jeden dom w Częstochowie jest podobnie plugawiony mazankami zakompleksionych durniów, którym wydaje się, że rządzą na naszych ulicach. Koty także znaczą swój teren, w imię swojego „koto-patriotyzmu”. Przykre jest tylko milczenie tzw. społecznych autorytetów: lokalnych polityków, społeczników, proboszczów, nauczycieli itd. Kto z nich ma odwagę powiedzieć, że ksenofobia poniża Naród Polski, że jest religią i usprawiedliwieniem tchórzy, że nikczemnie odrzuca kilkusetletnią tradycję naszego Państwa, Naszej Rzeczy Pospolitej…
Łojki, Łojki, pamiętam… Była tu osada od czasów króla Zygmunta Starego, wyrosła na rudzie żelaza i ciężkiej pracy przy jej wydobyciu i przetapianiu. Była jednym z wielu miejsc na mapie naszego regionu, gdzie migrowali ludzie, wierząc, że ciężką pracą stworzą lepsze życie dla swoich dzieci. Było to miejsce budowane marzeniami, o tym lepszym życiu. Miasto może skarleć, osada zmaleć, domy zniszczyć może czas lub kataklizm. Ale póki istnieje fundament marzeń, wszystko można odbudować.
Czy można patriotą nazwać nikczemników niszczących nasze marzenia, o lepszej, dla wszystkich, Polsce?
Jarosław Kapsa


