Do naszej redakcji wpłynął list, którego autor stawia niezwykle trafne tezy. Jego adresem, prócz oczywiście mieszkańców, jest pierwszy zastępca prezydenta Zdzisław Wolski.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że Zdzisław Wolski, który reprezentuje obecnie najwyższą władzę w Częstochowie, nie został wybrany na to stanowisko bezpośrednią wolą mieszkańców. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku pozostałych trzech zastępców (Łukasza Kota, Piotra Stefaniaka i Łukasza Pabisia) – nominacje otrzymali z rąk prezydenta Krzysztofa Matyjaszczyka.
W Polsce każdy wójt, burmistrz czy prezydent musi wygrać wybory powszechne, zanim przejmie insygnia władzy. Ich zastępców powołuje jednak bezpośrednio wybrany włodarz, a nie sami mieszkańcy w głosowaniu.
Zdzisław Wolski od prawie 6 miesięcy zastępuje Matyjaszczyka, gdyż ten decyzją Prokuratury Krajowej ma zakaz pełnienia funkcji prezydenta, a nawet wstępu do urzędu miasta, w związku z zarzutami korupcyjnymi.
Ironizując, Wolski dokonał niemożliwego… Jako jedyny prezydent w Polsce zdobył władzę bez startu w wyborach samorządowych i bez wydawania choćby złotówki na kampanię wyborczą. Na dodatek całkowicie oszczędził sobie przedwyborczego stresu. Geniusz, czy co…?
Publikujemy megaciekawy list Czytelnika:
„Każdy prezydent miasta obiecuje inwestycje. Mało który zaczyna od zrobienia porządku we własnym urzędzie. Odwaga do likwidacji Biura Ładu Korporacyjnego, niech będzie tylko preludium do głębokiej reformy urzędu. A przecież to od sprawności administracji zależy, czy inwestycje powstaną szybko, czy ugrzęzną w procedurach. Reforma urzędu nie jest dodatkiem do rozwoju miasta. Jest jego warunkiem.
Historia samorządów pokazuje, że najtrudniejsze reformy przeprowadza się wtedy, gdy pojawia się polityczne okno możliwości. Częstochowa właśnie znalazła się w takim momencie.
Zdzisław Wolski, pełniący obowiązki prezydenta miasta podczas [przymusowej] nieobecności Krzysztofa Matyjaszczyka, otrzymał coś, czego większość polityków nigdy nie dostaje – wyjątkową swobodę działania. Nie musi prowadzić kampanii wyborczej, zabiegać o doraźną popularność ani kalkulować każdego ruchu pod kątem kolejnych wyborów. Ma doświadczenie, autorytet i polityczną pozycję.
Właśnie dlatego może zrobić to, na co inni często nie mają odwagi.
To nie jest czas na przeczekanie. To nie jest czas na podpisywanie kolejnych dokumentów i odliczanie dni do powrotu prezydenta. To jest moment, aby pokazać, że samorząd może mieć odwagę.
Od lat mówi się o konieczności reformy administracji publicznej. Mieszkańcy często postrzegają urzędy jako instytucje zbyt rozbudowane, kosztowne i niewystarczająco sprawne. Niezależnie od tego, czy taka opinia w pełni odpowiada rzeczywistości, jedno pozostaje bezdyskusyjne – każda organizacja utrzymywana z pieniędzy podatników powinna regularnie odpowiadać na pytanie, czy działa możliwie najefektywniej.
To pytanie powinno dziś paść również w Częstochowie.
Nie chodzi o bezmyślne zwalnianie ludzi. Chodzi o odwagę przeprowadzenia rzetelnego audytu i wyciągnięcia z niego konsekwencji. Jeżeli okaże się, że niektóre wydziały są przerośnięte, należy to uczciwie powiedzieć. Jeżeli część zadań można wykonywać mniejszym zespołem dzięki lepszej organizacji lub cyfryzacji, trzeba to zrobić.
Największym błędem byłoby pozostawienie wszystkiego po staremu tylko dlatego, że łatwiej nikogo nie urazić.
Każda złotówka zaoszczędzona na niepotrzebnej biurokracji powinna wrócić do urzędu w postaci wyższych wynagrodzeń dla najlepszych pracowników oraz zatrudnienia specjalistów, których dziś dramatycznie brakuje. Informatycy, urbaniści, inżynierowie, specjaliści od inwestycji, funduszy zewnętrznych czy zamówień publicznych są dla miasta znacznie większym kapitałem niż rozbudowana administracja, wykonująca powtarzalne czynności.
Reformatorzy rzadko zbierają oklaski pierwszego dnia. Częściej słyszą protesty, krytykę i zarzuty. Ale po latach to właśnie oni okazują się ludźmi, którzy mieli rację.
Częstochowa potrzebuje dziś nie administratora, lecz gospodarza. Kogoś, kto potrafi powiedzieć, że urząd istnieje dla mieszkańców, a nie mieszkańcy dla urzędu.
Być może za kilka miesięcy wszystko wróci do dawnego rytmu. Pojawi się pokusa, by uznać, że „to nie był właściwy moment”, że „nie było czasu”, że „lepiej niczego nie ruszać”. Takie wymówki słyszeliśmy już wielokrotnie.
Zdzisław Wolski nie dostał od losu pięcioletniej kadencji. Dostał najwyżej kilka miesięcy, by pokazać, że nawet w krótkim czasie można rozpocząć zmiany, na które inni nie zdobywali się przez lata. To wbrew pozorom ogromna szansa. Bo właśnie tymczasowość daje mu polityczną niezależność – może zrobić to, czego nie zrobiłby ktoś stale oglądający się na sondaże i kolejne wybory.
Są chwile, kiedy największym błędem nie jest podjęcie ryzyka. Największym błędem jest zmarnowanie okazji. Ta okazja właśnie stoi przed drzwiami gabinetu pełniącego obowiązki prezydenta.
Pytanie brzmi tylko jedno: czy Zdzisław Wolski zapisze się jako człowiek, który wykorzystał ten czas do rozpoczęcia potrzebnych zmian, czy jako ten, który po prostu go przeczekał.
Pozdrawiam Pani Redaktor!”
red.



