Po to natura wymyśliła sezon ogórkowy, by zacni ludzie nie musieli denerwować się lipcem. I tak, ta sama natura, w ramach tzw. zmian klimatycznych, pokarała ludzi letnią zmiennością, o gwałtownym charakterze. Jak nie urok to sraczka, jak nie upały to powodzie, a w tle (bliskim) dramat wojny.
Po próżnicy apel – nie denerwujcie nas ponad potrzebę szanowni Politycy. Bo ani szacunku tym nie zyskacie, ani posłuchu. Istotne wybory już były, kto miał wygrać, ten wygrał, kto przegrał niech w cichości liże rany i przemyśli przyczyny porażki. Awanturowanie nic nie zmieni, podobnie przyspieszone prezentowanie mięśni i zwiększenie deklaracji o chceniu dobra. Ja, nie chwaląc się, też chcę dobra, i to nie dla siebie. Ale z tego powodu nie robię awantury na poczcie, na składzie celnym, a tym bardziej na komisariacie PP. Pokornie ukrywam swoje kompleksy, więc nie muszę każdego ranka udowadniać swojego patriotyzmu lub wrażliwości społecznej. Od obecnie rządzących lub obecnie będących w opozycji polityków, nie spodziewam się cudu pozytywnej przemiany. Są to takie typy osobowości, spocone w pogoni za władzą, nie dostrzegające, że ta dyscyplina sportu traci kibiców. Prosić więc mogę – dajcie nam choć miesiąc w roku wolny od kampanii denerwowania.
Są domy wczasowe, sanatoria, pensjonaty… Dla pokorniejszych czekają cele w klasztorze kamedułów. Rodziny też czekają, by zająć się dziećmi lub naprawą kranu. Miesiąc nikogo nie zbawi. To, że ktoś udający decyzyjność dławić się będzie powtarzaniem, że swój wielki rząd zmieni na skuteczny, nic ogólnie nie zmieni. Bo koń jest jaki jest, centralizm wyznaczył drogi awansu, a ta dla miernoty oznacza przejście z władzy ustawodawczej do wykonawczej. Centralizm zresztą pospiesznie zlikwidował ten rozdział, czyniąc z Sejmu i Senatu gospodarstwo pomocnicze dla rządu. Choćby cały lipiec powtarzać zaklęcia, to natury krokodyla się nie zmieni.
Rowerem popętałem się trochę blisko niemieckiej granicy, po ziemi lubuskiej. Piękne i gościnne strony, zachęcam wszystkich, by oderwali się od Władysławowa i Zakopanego, poznając inne, równie piękne miejsca. Pętając się w lubuskiej krainie jezior i lasów, nie dostrzegłem ani inwazji migrantów, ani najścia faszystowskich bojówek. Takową rzeczywistość dostrzec mogłem tylko w propagandowych TV… Czy nie jest śmieszny i żałosny premier mylący obraz telewizyjny z rzeczywistością, ścigający się w konkurencji „populizm” z jakimś panem Bąkiewiczem? Gdyby więc pan Tusk zrobił sobie w lipcu wolne, pospacerował po Kaszubach, pojechał rowerem przez Drawsko do Szczecina, posiedział na skałkach olsztyńskich, popływał w jeziorze itp. itd., o ileż więcej powagi politycznej by mu przybyło.
A tak mamy obraz jak z knajpy. Dwóch staruszków, nie bacząc na upał i cierpliwość widowni, obrzuca się wyzwiskami opluwając własne nosy. Ponieważ starcza dykcja nie jest najlepsza, to nawet najwytrwalsi kibice nie wiedzą, o co chodzi. Śnią widzowie o domach „spokojnej starości”, a niespokojni staruszkowie są niezłomnie przekonani, że są w centrum uwagi.
Do czasów, gdy sezon ogórkowy pozwalał rozleniwić szare komórki, do czasów, gdy muzyka łagodziła obyczaje, a książka pozwalała przenieść się do innych krajów, do czasów nie niszczonych natręctwem nerwic politycznych, tęskno mi Panie.
Jarosław Kapsa


