Bycie kibicem to ciężkie i niewdzięczne zajęcie. Człowiek zmusza się do emocji, jakby w ten sposób współdecydował o wyniku meczu, ogląda wytrwale rzeczy nieoglądalne, rozpamiętuje latami rozmaite „co by było gdyby”. Nudniejsze od kibicowania jest tylko wędkarstwo słodkowodne, irracjonalne zaprzeczenie sensu wizyt w sklepie rybnym.
Telewizor barwnymi obrazkami zadecydował: kibicem się jest, a nie bywa. I chwała Bogu, bo nie muszę być i dopingować kiepsko grającym Wielkim Nadziejom Narodowym, za to mogę bywać, radując serce wyczynami pani Świątek, Kowalczyk, Włoszczowskiej (z radością bardziej mi się kojarzą sukcesy Polek, a nie Polaków). Bywanie pozwala zachować zdrowy dla umysłu dystans, jednocześnie ciąży na materii nazywanej „relacjami społecznymi”.
Otóż, wedle mojej teorii, ludzie cierpią z powodu niespełnionego instynktu stadnego. Nie wystarczy im, że są ludźmi, a nawet homo sapiens, muszą być dodatkowo Polakami, katolikami, buddystami, Ślązakami, heteronormatywnymi, lub nie, mieszczanami ekolubnymi, aktywistami klimatycznymi bądź patriotami antypatycznymi. W tym też mieści się bycie kibicem lub kibolem Drużyny Narodowej lub Drużyny Rakowa. W stadzie człowiek czuje się bezpieczny, więc kibicujemy, bo robią to inni, z którymi chcemy się utożsamić.
Zaprzestanę odnosić się do sportu, bo zdrowy chorego nie rozumie i odwrotnie. Dziś porównywalne emocje budzi kibicowanie polityczne. Pan prezydent Nawrocki mówi, że nie wyśle żołnierzy na Ukrainę, pan premier Tusk mówi to samo, a my możemy i musimy kibicować tylko jednej stronie, więc, któryś z nich mówi niesłusznie, albo łże jak najęty. Nasza polityczna Narodowa Drużyna gra jak stado palantów, zajmując się wzajemnym kopaniem po kostkach, ale patriotyzm polityczny nakazuje trwanie i oklaskiwanie. Ordynarne oszustwo, złośliwe faulowanie przeciwnika, korumpowanie sędziego, jeśli robią to nasi, to świadectwo niezłomności. Powtarza się bezwiednie: cel uświęca środki. Można więc przymknąć oko na obrzydliwość środków, ale co z tym celem… Czy jest w tym wszystkim, czyli w polityce, cel inny niż umoszczenie się przez graczy możliwie najbliżej koryta, zyskanie kasy i władzy?
Męki i nudy jakie przeżywa kibic biegu maratońskiego, liczący, że jego narodowy wybraniec zajmie miejsce w pierwszej dziesiątce, jest niczym wobec emocji politycznego kibolstwa. W dodatku polityka nakłada na nas poszerzony obowiązek, nie wystarczy pokochać pana Tuska lub pana Kaczyńskiego, trzeba wspierać i dopingować ich lokalnych przydupasów, bo walki partyjne to sport zespołowy. W piłce nożnej bywają kibice ambitni, którzy mają odwagę gwizdać na swoją drużynę, gdy tej nie chce się dobrze grać. Czy znacie podobnych kibiców w polityce ? Czy tu brak odwagi, rozumu, czy czegoś tam jeszcze? A przecież jak gwizdem nie okażemy niezadowolenia, nie wymusimy na „naszych”, by się trochę postarali, to w jaki inny sposób zmienimy leniów i próżniaków w pracowitych, ludzi sukcesu…?
Współczuję kibicom wszelkiej maści. Ciężkie hobby wybrali. Mogę im podpowiedzieć swoją zasadę: chcesz zachować zdrowie i urodę, to wyindywidualizuj się z rozentuzjazmowanego tłumu.
Jarosław Kapsa



