Z jednej strony postęp, jak cholera, bogacimy się nieprzytomnie, goniąc Niemca i Francuza. Z drugiej zaś bida, zwłaszcza wśród tych, którzy są szkieletem państwa, czyli w „budżetówce”.
Bida taka, że kto może to dorabia. Ministrowie ratują się wynajmem nieruchomości, uzyskanych od wdzięcznych obywateli. Referenci w GUS-ie, z braku nieruchomości, dorabiają sprzedażą danych.
Cóż im się dziwić, skoro główna specjalistka po 30 latach pracy w warszawskiej centrali GUS zarabia 2,5 tys. na rękę. Według pewnej definicji w Warszawie tylko frajer pracuje za 5 tys., zatem szanowna GUS-iarka jest frajerką do kwadratu. W dodatku nie jest górnikiem, rolnikiem czy lekarzem, nie przekona społeczności, że jej praca jest społecznie użyteczna. Na GUS patrzy ogół z ukosa, bo obowiązkiem jest przekazywanie do tej instytucji różnych danych, innymi słowy wykonywanie na rzecz GUS „darmowej” pracy. Znajomy przedsiębiorca nawet wyliczył koszt owej pracy rachując roboczo-godziny przy wypełnianiu tabelek. Niestety, żachnął się oburzony, na uwagę, że wzajemnie korzysta z darmowych i przetworzonych danych GUS-owskich, by określić np. ilość potencjalnych chętnych na zakup jego produktów. Normalka, ciężar dawania odczuwamy wymiernie, branie „za darmo” nie boli.
Skoro nie boli to i rząd uważa, że GUS-iarze nie zarabiając mogą pracować za darmo. No tak całkiem za darmo to może nie, bo jest płaca minimalna i zakaz pracy przymusowej. Ale jak chcą więcej, to niech biorą przykład z ministrów, niech zakaszą rękawy i dorabiają. Stąd upowszechniła się profesja kołatania przez GUS-iarzy do włodarzy miast z propozycjami kupna danych. „Panie Prezydencie” – piszą grzecznie – „Zrobimy Panu piękny portret statystyczny miasta, taki z wykresami, diagramami, kółeczkami, obrazkami, dzięki, któremu każdy wyborca będzie wiedział komu zawdzięcza rozwój i dobrobyt”. Ale prezydenci mają własne służby marketingowe, które taniej i skuteczniej ogłupiają ogół. GUS-iarze są zbyt, po staroświecku, przywiązani do znaczenia prawdziwości faktów, by wygrać z marketingowcami.
Trzeba zatem sugestywność przenieść na wyższy poziom. „Panie Prezydencie” – piszą znowu – „Pańscy marketingowcy mogą tylko przekonywać mieszkańców, że żyje im się lepiej i weselej. My możemy więcej, możemy odpowiednim zestawieniem danych udowodnić, że Pana miasto to nie Pipidówka, ale Smart-City. Nie smark…ale Smart, czyli takie cwano-nowoczesne, innowacyjne, postępowe. Jeśli nawet dziś takim nie jest, to udowodnimy, że jutro takim być może, pod warunkiem, że nie wyjadą ci, którzy wyjechać nie powinni, a wyjadą ci, którzy są zbędni”.
Kto dziś się nie łapie na innowacje? Dawniej monopol na nie miały kraje postępowe, dziś każde miasto może iść „przed postępem”, wyznaczając nowe drogi ludzkości. Za taką przyjemność warto wydać parę złoty na wspomożenie GUS-iarzy.
I tak to się toczy. Proszę tylko Czytelników: zero złych myśli o GUS i innych instytucjach rządowych. To nie ich wina, że nasze państwo budowane jest z dykty i paździerzy. To nie ich wina, że skazuje się urzędników na upokarzające dorabianie. Bo co to za państwowa potęga, w której wysokiej rangi urzędnik zarabia mniej niż średnia dochodów bezrobotnych meneli w UE.
