Pisząc o historii, myślimy o współczesnym odbiorcy. Nie można więc uniknąć budowania analogii, w ten czy inny sposób odczytywanych przez Czytelnika. Piszemy o lipcowej tragedii w 1943 r w Gibraltarze, a w odbiorze „Liberator” zmienia się w „Tu-146”, zamiast fal morza mamy brzozy pod Smoleńskiem… Nie dziwmy się sporom i hipotezom „smoleńskim”; podobnie od blisko 70 lat dzielą nas dyskusje o przyczynach śmierci premiera generała Władysława Sikorskiego. Nie da się przeciąć sporu, który obrósł mitologią. Nie pomoże śledztwo IPN, tak jak nie pomogły liczne inne śledztwa i opracowania historyczne. Zainteresowanych mogę odesłać do literatury, w tym tak sugestywnej jak książki Davida Irvinga czy Tadeusza Kisielewskiego. Inni czerpać będą wiedzę z filmów, z artykułów prasowych, z tysięcy dyskusji na forach internetowych. Kto wierzy w zamach, znajdzie setki hipotez potwierdzających to przypuszczenie. Kto uznaje śmierć generała za nieszczęśliwy wypadek, też znajdzie potwierdzające dowody. Brzmi to absurdalnie, ale pierwsze hipotezy o zamachu przestawiała propaganda Goebbelsa, chcąc świadomie podsycać spory emigracyjne. Potem o współudział w organizacji zamachu komunistyczne UB oskarżało skazanego w 1949 r. na śmierć działacza narodowego Adama Doboszyńskiego…Tragedia uwzniośla ofiarę, tworzy mit bohaterskiej śmierci. Nie łatwo przyjmujemy do wiadomości, że śmierć nie jest ukoronowaniem, że to życie nadaje sens śmierci, nigdy odwrotnie. Kult śmierci bohaterskiej może prowadzić do nieszczęść. Powtórzę to, co pisałem o Rydzu-Śmigłym – gdyby on jako Wódz Naczelny popełnił w Kutach samobójstwo, byłaby to nieodpowiedzialność. Nie jest też bohaterem, lecz raczej zbrodniarzem, dowódca wysyłający swoich żołnierzy na pewną śmierć, bez względu na to, jakie racje ideowe za tym przemawiają. Niestety, nasza kultura narodowa budowana jest na obrazach bohaterskich zgonów: Żółkiewski pod Cecorą, Poniatowski pod Lipskiem, młodzieńczy Władysław Jagiellończyk pod Warną, Sowiński na Woli, Traugutt przed plutonem egzekucyjnym na Cytadeli, ks. Skorupko pod Radzyminem… Pisząc o Sikorskim, ręka nasza drży pod naporem narodowej tradycji; jak krytykować bohatera, który bohatersko zginął… I od tego punktu zaczyna się myślenie mitologiczne: jakby nie zginął, zabity przez podstępnego wroga, to losy wojny dla Polski inaczej by się potoczyły. Otóż, nie! Tego nie da się udowodnić. Można z pewną, choć znikomą dozą prawdopodobieństwa przyjąć tezę o zamachu w Gibraltarze. Wojna jest wojną, zamach na dowódcę wrogich wojsk mieści się w logice strategicznej. Zamach, choć wymagający wyjątkowego wysiłku organizacyjnego i finansowego, a przy tym nieprawdopodobnego szczęścia, był możliwy. Znacznie trudniej byłoby tak umiejętnie zatrzeć wszelkie ślady, by nawet po 70 latach nie ujawnił się żaden dowód, wskazujący sprawcę. Nie można jednak wykluczyć tej teorii. Ale ta śmierć, bez względu na przyczynę, nie mogła odwrócić tragicznych kolei polskiego losu.Bohaterami historii są ludzie, tak jak wszyscy obarczeni zaletami i wadami. Los postawił generała Sikorskiego w obliczu wyzwań, którym trudno byłoby sprostać największym geniuszom. W czasie I wojny światowej o losach naszego kraju zdecydowała zjednoczona wielkość wybitnych polityków: Piłsudskiego i Dmowskiego. Ale wątpliwym jest, by ten połączony potencjał przyniósł równie dobry efekt w czasie II wojny światowej.Generał Sikorski był niewątpliwie dobry żołnierzem, świetnym dowódcą liniowym i równie dobrym organizatorem-sztabowcem. Znacznie ułomniejsze były jego umiejętności polityczne; wojskowe cnoty, wydawanie lub wykonywanie rozkazów rzadko sprawdzają się w życiu politycznym. W dodatku generała cechowała typowa dla polityków (tak przeszłych, jak i współczesnych) przywara egotyzmu, powodująca głębokie kompleksy niedowartościowania. Niewątpliwie stratą dla Polski było niewykorzystanie jego zdolności w służbie państwowej po maju 1926 r. To odsunięcie, zepchniecie na margines ambitnego człowieka, skutkowało jego postawą w latach wojny. Przejmując 30 września 1939 r. pełną władzę i pełną odpowiedzialność za los Rzeczpospolitej, nie tylko nie przezwyciężył swoich kompleksów, ale co gorsza – podporządkował im swoją politykę. Jako Premier RP, Naczelny Wódz dzierżący w jednej swojej ręce tekę ministra wojny, spraw zagranicznych i spraw wewnętrznych, więcej swej uwagi przykładał „walce z sanacją” niż wojnie z zagrożeniem niemieckim i sowieckim.Nawet dziś mamy poczucie niesmaku, czytając protokoły z posiedzeń rządu emigracyjnego. Obsesyjna nieufność wobec ludzi związanych z Piłsudskim, nawet jeśli wielokrotnie okazali dowody lojalności wobec osoby Sikorskiego (gen. Kazimierz Sosnowski, minister Edward Raczyński), a z drugiej bezkrytyczna wiara w podpowiedzi osób, tego typu jak agent sowiecki Stefan Litauer czy Józef Rettinger (ta barwna postać nie była agentem sowieckim, lecz komu on służył, to pewnie nawet on sam nie wiedział). W dodatku wyjątkowa drażliwość generała na punkcie własnego ego, nienawiść do krytyków, sięganie do wszelkich metod tłumienia opozycji. Pod tym względem Sikorski był rzeczywistym epigonem Piłsudskiego. Nie na tym jednak polegał problem. Współczesne stosunki miedzy PO a PiS mogą mieć kształt bardziej lub mniej cywilizowany; w niewielkim stopniu wpłynie to bezpieczeństwo zewnętrzne Polski. Po 1939 r. Rzeczpospolita walczyła o przeżycie, tu szczególną rolę odgrywała potrzeba jedności, rozumianej nie jako lojalność wobec tego czy innego rządu, lecz lojalność wobec wspólnie akceptowanej racji stanu. Cena za walkę z sanacją była wymierna, oznaczała osłabienie pozycji polskiego rządu wobec aliantów.Sikorski został premierem w wyniku swoistego zamachu stanu, przeprowadzonego z pomocą rządu francuskiego. Doprowadzono do internowania legalnych władz II RP w Rumunii; mianowanie Sikorskiego wynikało z ultimatywnego stanowiska, że rząd francuski nie uzna innej osoby. Ta forma już od początku sytuowała nowy rząd polski na pozycji ubezwłasnowolnionego satelity. Efektem tego był brak możliwości zadbania o interes polski w czasie kampanii niemiecko-francuskiej. Odtworzona armia polska została rozrzucona po różnych jednostkach francuskich, uniemożliwiono podporządkowanie jej jednolitemu dowództwu. Zmarnowano siły polskie, walcząc do końca za państwo, za które nie chcieli ginąć jego obywatele. Brytyjski Korpus Ewakuacyjny, widząc perspektywę przegranej, zdołano ewakuować z Dunkierki (339 tys. ludzi ze sprzętem wojskowym). Z blisko 100-tysięcznej armii polskiej ewakuowano jedynie 38 tys. żołnierzy. Bezsensownie stracono Brygadę Strzelców Podhalańskich, sprawdzoną w bitwie o Narwik; zamiast 8 czerwca, po wycofaniu z Norwegii, (cztery dni po zakończeniu ewakuacji z Dunkierki) skierować ją do portu angielskiego, wysłano ją do Bretanii. Spektakularną porażką była utrata polskiego złota z banku narodowego. Złoto – 8 ton wartości ówczesnych 87 mln. dolarów (ok 1 mld. współczesnych); cudem ocalałe, przewiezione przez Adama Koca i Ignacego Matuszewskiego do Francji; pozostało w rękach reżimu gen. Petaina (zbyt późno zdecydowano o dalszej ewakuacji, wywiezione je do fortu we francuskim Dakarze). Błędy popełnione przez gen. Sikorskiego były porównywalne przynajmniej do „niesławy” Rydza Śmigłego w kampanii 1939 r. To, że nie utracił stanowiska premiera i Naczelnego Wodza zawdzięczał generał osobistej interwencji Churchilla. Ale za