9 maja 1873 r mieszkańcom Europy niebo zawaliło się na głowę. Nastąpił krach na giełdzie wiedeńskiej. „Tysiące ludzi, którzy się przed niedawnym czasem mienili bogatymi, od razu zubożało, bo papiery stanowiące dawniej bogactwo ich ręku w jednej chwili straciły swą wartość, której też nigdy odzyskać nie zdołają” – opisywał to warszawski tygodnik „Nadwiślanin”. Podobne kryzysy giełdowe zdarzały się wcześniej i później; przypominamy sobie o tym, analizując aktualną sytuację gospodarczą. Dwukrotnie jednak – w 1873 i w 1929 r – załamanie giełdowe doprowadziło do wszechogarniających przemian społecznych, których skutki nie tylko dyktowały historię polityczną XX w, lecz odczuwalne są do dziś. Najdziwniejsze jest to, że mechanizm giełdowego krachu jest prosty jak cep; dlatego wciąż na nowo uczymy się go, odkrywając dawno odkryte prawdy.Enterprajzerzy i grynderzyKapitalizm XIX w. budowali enterprajzerzy – tak z cudzoziemska nazywano w Królestwie Kongresowych przedsiębiorców. Kapitalizm, tu konieczne jest przywrócenie pierwotnego znaczenia słowa, to mechanizm możliwy do powszechnego stosowania w warunkach wolnego rynku. Zebrany kapitał (pieniądze oraz inne zasoby materialne i ludzkie) inwestuje się w wybrane przedsięwzięcie, licząc na dochód umożliwiający zwrot nakładów i czysty zysk będący nagrodą za aktywność. Enterprajzerów w latach 20-30. XIX w. można porównać do hiszpańskich konkwistadorów, podbijających nieznane lądy Ameryk; tak jak oni ryzykowali swoim i pożyczonym majątkiem, wyruszając nieznanym szlakiem nowych technologii, marząc o zdobyciu krainy złota, El-Dorado. Innowacyjność była rzeczywistym narzędziem rozwoju, bo mózgi ludzkie nie krępowały programy pomocowe UE ani tym bardziej teorie wypracowane na Wydziałach Zarządzania. Chodziło po prostu o to, by wyczuć niewyartykułowane potrzeby konsumentów i zaspokoić je możliwie tanio, tak, by podaż pobudziła popyt. Tak, to nie pomyłka: podaż miała pobudzić popyt, a nie odwrotnie. Gdyby kierowano się współczesnym przekonaniem, nikt nie wymyśliłby lokomotywy, bo żadne badanie rynkowe nie wykazałoby popytu na tak trudno wyobrażalną machinę.Enterprajzerstwo to ryzyko; bankructwo było ceną za pomyłkę, płaconą nawet przez najwybitniejszych. Przypomnijmy tu naszego ziomka Piotra Steinkellera, którego genialny pomysł budowy kolei żelaznej z Warszawy do Sosnowca trafił w zły czas, rujnując przemysłowca i tych, którzy zawierzyli w jego umiejętności. Enterprajzer musiał umieć łączyć przeciwstawne cechy; powinien być wiarygodnym hazardzistą. Najpierw musiał zebrać kapitał, przekonać konkretnych ludzi, by powierzyli mu swój majątek, zebrane oszczędności, posiadane nieruchomości, wkład własnej pracy. Zebrawszy pulę, należało podjąć ryzyko, by obstawiając aktywność na rynku, trafić w odpowiednim czasie i miejscu w nierozpoznane potrzeby odbiorców. W kapitalizmie enterprajzerskim odczuwalna była osobista odpowiedzialność. Bo to działało tak: przychodzi do Ciebie facet i tłumaczy, że ma pomysł na samopodgrzewającą się szklankę. Ty zaś przekonany jego sugestywnością, wyjmujesz z „pończochy” uciułane oszczędności i dajesz mu je w nadziei na nagrodę w postaci zysku. Pomyliłeś się – twoja strata; obstawiłeś dobrze – Twój sukces. To działało. Rzeczywiście, zgodnie z teorią Saya, podaż nakręcała popyt, większość inwestycji kończyła się sukcesem, a więc kto ryzykował inwestowanie, zarabiał na spokojną starość i posag dla córek. W ślad za eterprajzerami powstała i rosła klasa społeczna rentierów; tj. ludzi, których dochód pochodził z zainwestowanego kapitału. Rentierstwo we Francji w połowie XIX w. było źródłem dochodów ponad połowy rodzin. Nawet chłop czy robotnik, wiedząc, że musi mieć oszczędności na wypadek choroby czy starości, owe uciułane ubezpieczenie inwestował w różnorodne akcje i obligacje. Niektórzy, jak nasz poeta Juliusz Słowacki, dzięki szczęśliwej ręce do inwestycji, zyskali spory majątek, pozwalający im spełniać się w kulturze. Przezorny rentier trzymał się zasady dywersyfikacji, czyli rozpraszał inwestowany kapitał. Jedna pomyłka rekompensowana była pozostałymi sukcesami. Wzrost liczny rentierów i rozproszenie ich kapitału powodowało zanik osobistych więzi między enterprajzerem a inwestorem-akcjonariuszem. Rolę pośrednika w zbieraniu kapitału przejęły banki inwestycyjne; od słowa „grunder” („fundator”) nazywane „grynderskimi”.Lata 70. XIX w. to już czas „grynderów”. Banki, obiecując wysokie zyski z odsetek, zbierały oszczędności, lokując je w wybranych przedsięwzięciach. Kto ma pieniądze – ma władze, bankierzy decydowali w co inwestować, a więc jakie branże rozwijać. Skończył się czas ryzyka wynalazców; banki tuczyły tylko kury znoszące złote jajka, inny drób szedł na rosół.Być może czytający ten skrócony opis dostrzegą analogię miedzy przeszłością a teraźniejszością. Zobaczą identyczne mechanizmy, które i nas doprowadziły do kryzysu globalnych finansów. Wielki krachKręciło się to jak szalona karuzela. Świat przeżywał okres rozwoju gospodarczego, inwestycje przynosiły dochód przekraczający 20% zainwestowanego kapitału rocznie. Banki grynderskie, prześcigając się w przyciąganiu kapitału, obiecywały odsetki od wkładów nie mniejsze niż 10%. A wszystko to bez strat inflacyjnych, bo szanowane waluty oparte były na kruszcu. Było byczo, więc… dolano jeszcze oliwy do ognia. Po wygranej wojnie Prus z Francją w 1870 r. Bismarck nałożył na pokonanych kontrybucje w wysokości 5 mld franków w złocie (dziś to ok 150 mld dol.). Część pozyskanych pieniędzy puścił na rynek, wykupując tzw. subskrypcję wojenną. Dzięki temu liczba banków grynderskich w Niemczech wzrosła z 30 o kapitale 400 mln marek do 107 dysponujących kapitałem 700 mln marek. Na giełdzie berlińskiej podwoiła się liczba spółek, sięgając liczby 900. W podobnym tempie rozwijał się obrót kapitału w sąsiedniej Austrii, gdzie liczba notowanych na wiedeńskiej giełdzie spółek wzrosła w trzy lata z 154 do 367. Wtedy właśnie padły historyczne słowa : „państwo nie może przeszkadzać głupcom w pozbywaniu się ich pieniędzy”. Ta wypowiedź, przypisywana szefowi Kancelarii Rzeszy Niemieckiej, powinna być mottem wyrytym na frontonie Europejskiego Banku Centralnego.W tle niemieckiej gorączki złota nie słabła spekulacja we Francji. Najwięksi bankierzy Europy bracia Rotszyldowie stworzyli genialny system inżynierii finansowej, umożliwiający państwu francuskiemu spłatę ogromnej kontrybucji bez jednoczesnego zmniejszenia obrotu pieniądza na rynku. Będące gwarantem wymienialności franka zasoby złota zostały wywiezione do Niemiec, siła franka została oparta na skomplikowanych fundamentach obligacji państwowych, akcji przedsiębiorstw, gwarancjach bankowych. Przyspieszenie obrotu finansowego nabrało charakteru globalnego: po wojnie secesyjnej nastąpiło ożywienie gospodarcze Stanów, otwarte zostały rynki Chin i Japonii, rozpoczęła się modernizacja przemysłu rosyjskiego. Się kręciło… 6 maja 1873 r. obsługujący spółki z wiedeńskiej giełdy mały bank z Budapesztu ogłosił, że nie jest w stanie wypłacić obiecanych 12,5% procentów. To pozornie drobne bankructwo małego banku uruchomiło lawinę. Nastał „czarny piątek” 9 maja: rentierzy, panicznie wycofując oszczędności z grynderskich banków, pogrążyli wiedeńska giełdę. Upadłość ogłosiło 20 banków, a policja siłą musiała usuwać z gmachu giełdy zdesperowanych inwestorów. W ciągu kolejnych dni zbankrutowało 55 banków, a krach przeniósł się na giełdę berlińską. Potem był Paryż, Londyn i wrześniowa panika