Już raz obserwowałem burzenie dworca. Tego starego, powstałego wraz z koleją warszawsko-wiedeńską, z gmachem z wieżyczką, przy ul. Piłsudskiego (ul. Dojazd), imitującego parowóz. W tym samym czasie ręka modernisty zniszczyła stary szpital przy Alejach stawiając tam „Merkurego”.
Stare ustępuje nowemu, takie są prawa postępu. Idzie się naprzód, nowe z definicji jest lepsze, nie wypada być przeciw progresowi, choć nie wiadomo, co to słowo znaczy. Lepsze jutro, choćby pozostało obietnicą, jest wizją atrakcyjniejszą, niż „wczorajszość”. Nawet nakładanie „wczorajszych” klisz tego nie zmienia: prawica ściga się z lewicą w postępowym modernizmie (a jak kto woli w postępowym paraliżu).
Pozostała nostalgia. Na niegdyś wypięknionym, udekorowanym fontannami i pergolami, nowym placu Częstochowy – pl. im. Rady Europy – wręczano Nagrodę Europy samorządowym władzom naszego miasta. Uroczystość, odbijała się w lustrzanej ścianie nowego dworca. Polska do UE wejść miała dopiero za sześć lat, wlekły się trudne negocjacje. Częstochowa była pierwszym miastem w postsowieckiej zonie Europy Środkowo-Wschodniej odznaczonym Nagrodą Europy za aktywność w szerzeniu europejskich wartości. Po nas, kolejnym laureatem stała się Gdynia… Byliśmy dumni i mieliśmy ku temu powody. To był dla nas rzeczywisty postęp, bez względu na to, czy w samorządzie dominowała „prawica” czy „lewica”. Iść naprzód znaczyło: iść do Europy, a może raczej tam powrócić. Iść drogą, którą wyznaczał Papież Jan Paweł II, gdy na Jasnej Górze w 1991 r. mówił o jednoczeniu dwóch części kontynentu – Wschodu z Zachodem. Staliśmy w 1998 r. na pl. Rady Europy pełni dumy z przyznanej nagrody, pełni dumy, jako pierwsze miasto europejskie w Polsce.
Kto o tym pamięta? Burzy się dworzec, zniszczony jest pl. Rady Europy, a nasza duma lokalna zmieniła się w klientystyczną wdzięczność. UE dała, partia pomogła, centrala zdecydowała, stare się wyburzy, nowe się postawi, będzie efekt łoł, prawie jak w Warszawie. Pamięć zbiorową trzeba odpowiednio kształtować, prowincje należy wyedukować, „stare” niesie ze sobą niepokojące treści. Jeszcze mógłby ktoś pomyśleć, że „prowincjonalne dziury”, bez opiekuńczego nadzoru centrum, potrafią same się dobrze rządzić.
Nie lubię już spacerować po moim mieście. Wszędzie widzę truchła lub blizny. Na niektórych „szklane” opatrunki, udające nowoczesne obiekty. Szkło i beton podgrzewają atmosferę, ostrzega się starszych i „sercowych” przed pętaniem się po mieście. To nie miejsce dla nich, niech ze swoją resztką pamięci siedzą zamknięci w klatkach mieszkaniowych. Młodzi potrzebują ułudy bronksu i niujorka, kapturek, browarek i strit -shit… Ale młodych też nie ma, wyjechali do lepszych podróbek „dużych miast”. Choćbyśmy bardzo tego chcieli, nie ma komu przekazać dumy z Częstochowy.
Wyburzanie miasta to smutny etap w drodze do nicości. Jeszcze pamięć się broni, odruchowo mówimy: tu był „komin”, tam „stara drukarnia”, tą ruinę nazywano „domem Księcia”, a tamtą „domem Frankego”, tu biegła ulica Gęsia, a tam Mokra, ten zapomniany zakątek nazywano „moty”, a tamten pelcery… Upał w głowie miesza, udar człowieka trafia, kto będzie pamiętał, czym było nasze miasto.
Jarosław Kapsa

