Częstochowianie wybrali – i prezydenta miasta, i radnych. Wszystkim wygranym należą się gratulacje. Zanim jednak zapomnimy o wyborczym szaleństwie sprzed kilku dni, warto podjąć próbę podsumowania historycznej już dziś kampanii wyborczej anno Domini 2014. Co było przyczyną tego, że jedni przegrali, a inni odnieśli sukces?Rozgrywającym w tych wyborach od samego początku był Sojusz Lewicy Demokratycznej. To oni nadawali kierunek tej kampanii i absolutnie wszystko działo się według ich scenariusza. Wbrew temu, co jeszcze przed chwilą myślał sobie elektorat, współpracownicy kampanijni i koalicjanci, nikt z nich nie grał pierwszoplanowej roli – tylko SLD, a w nim „grupa trzymająca władzę”. Sztuczka polegała na umiejętnym rozegraniu ewentualnych konkurentów politycznych, którym do dziś wydaje się, że to oni o czymkolwiek decydowali. Rozprowadzeni po kątach nie są jednością, więc nie stanowią zagrożenia, a okruchy z pańskiego stołu i tak by komuś przypadły. Lud natomiast dostał na pół roku przed wyborami pakiet remontów dróg i mostów przytłaczających rozmiarów, i zapomniał, że przez ponad 3 lata, prócz dokończenia kilku projektów poprzedników, nic się nie działo (dedykowane chorym na amnezję kierowcom, np. ul. Rejtana). Wystarczyło w kilka miesięcy przed wyborami zablokować remontami większość ulic w mieście i w niepamięć poszły sporne tematy: faktury z ul. Jarzynowej opłacone z publicznych pieniędzy, sprzedaż kamienicy Aleja 49 i budowa galerii śródmiejskiej, nadprodukcja marketów etc… Jaki przekaz dali wyborcy ludziom władzy w naszym mieście? Mieszkańcy są bierni, przyjmą wszystko cokolwiek im rządzący zechcą dać:* młodzież woli tandetne imprezy niż atrakcyjne zawodowo kierunki w oświacie z szansą na lepszą przyszłość,* absolwentom nie przeszkadza wieloletni status bezrobotnego lub praca na czarno za grosze, są wdzięczni za 6-miesięczny staż w budżetówce,* bezrobotnym wystarcza – zamiast stałej pracy – kurs zawodowy, choć już dziś certyfikat (bez doświadczenia) nic nie znaczy,* urzędnicy miejscy wybierają strach i chaos w nadziei na nietykalność i zatrudnienie,* pracujących (poza miejskimi jednostkami) mogą otaczać zgliszcza, byleby przed nosem mieli dobry chodnik i równą drogę z punktu A do B,* przedsiębiorcy wybierają ucieczkę z całym dobytkiem do Radomska, Katowic, Poznania, a nawet do Gdańska zamiast zawalczyć o byt w rodzimym mieście,* seniorów cieszy tania filiżanka herbatki na kartę seniora, a kompletnie nie wzrusza wizja braku opiekunek (bo młodych coraz mniej), gdy zniedołężnieją. Ta władza i kolejna także, już wie co interesuje mieszkańców, już wie, że powinna przez kolejne 4 lata powielić schemat działania z poprzedniej kadencji. I tak będzie, bo tak zdecydowaliśmy. SLD, mimo okazałego zwycięstwa miało chrapkę na jeszcze więcej. W kuluarach Sojuszu mówiło się o stworzeniu drugiego komitetu wyborczego, niby bezpartyjnego, coś na wzór komitetu Marandy. Fama głosi, że na listach do rady miasta mieliby się znaleźć przyjaciele Sojuszu, a niekoniecznie jego członkowie – znani, lokalni celebryci: artyści, sportowcy, dziennikarze, biznesmeni, działacze społeczni i wszyscy ci, dla których zabrakło miejsca na głównej liście SLD. Z całą pewnością pomysł był wart uwagi, gdyż dodatkowych kilku radnych działających ręka w rękę z wiodącym nurtem, byłoby skutecznym lekarstwem na niekomfortowe dziś koalicje z PO czy Marandą. Problem stanowił kandydat na prezydenta, bo Krzysztof Matyjaszczyk zbyt mocno związany jest z partią, by ktokolwiek uwierzył, że nagle zmienił front na nieeseldowski. Pomysł nie wypalił w wykonaniu SLD, zrealizował go komitet „Mieszkańcy Częstochowy”. Za 4 lata może być jednak nieaktualny, bo jeśli Marandzie przyszłoby do głowy „kupczyć” dla korzyści własnych na przykład z lewicą, to żadna próba niby-bezpartyjnych komitetów z logiem partyjnym w tle, nie będzie mieć racji bytu. To tyle o wielkich wygranych wyborów samorządowych. Kolejne komitety wyborcze (trzy z końca listy) w zasadzie nie różniły się podczas kampanii. Najwięcej pracy włożył Komitet Nowej Prawicy Janusza Korwina-Mikke z kandydatem na prezydenta Sławomirem Kokotem. Przygniótł ich jednak wewnętrzny konflikt z Tomaszem Jaskółą. Zamiast toczyć bój z konkurentami politycznymi, korwinowcy bili się między sobą o taboret kandydata na prezydenta. Podobno od przybytku głowa nie boli, ale gdy siedzisko jest jedno, ktoś musi ustąpić. Grupa Kokota i zwolennicy Jaskóły przez ładnych kilkanaście dni „kopali się po kostkach” w internecie, wymieniając epitety. Ostatecznie Nowa Prawica zdobyła piąte miejsce na siedem, co i tak – zważywszy na okoliczności i brak finansowania z zewnątrz – jest niezłym wynikiem. Drugie miejsce od końca należy się komitetowi Polskiego Stronnictwa Ludowego. Grzegorz Boski wykonał minimalne minimum, by nikt lokalnemu PSL-owi nie zarzucił, że kandydata nie było. Prawdą jest natomiast, że Boski nie mógł liczyć na wsparcie kolegów partyjnych. Wielkim nieobecnym wyborów samorządowych okazał się poseł Artur Bramora, który nie biegał od domu do domu agitując za kandydatem swojego ugrupowania. Sweetfoci też sobie razem nie zrobili. Pozostali ludowcy startowali albo do sejmiku wojewódzkiego albo zabiegali o funkcje w ościennych gminach, zajęci własną promocją nie mieli już czasu dla Boskiego. Zresztą przez wiele lat PSL w Częstochowie nie istniało, w tych wyborach nie powąchało nawet dymka konkurentów. Dobrze, że wynik częstochowskiego PSL-u nie przełożył się na notowania krajowe, bo byłaby bryndza. Ostatni z dolnej trójki to Armand Ryfiński z „Wolnego Miasta Częstochowy”. Na początku wydawało się, że kandydat z zewnątrz o lewicowych, antyklerykalnych poglądach może zagrozić Matyjaszczykowi. Takie założenia mieli twórcy komitetu, w tym Marek Drygas i Leszek Kulawik. I być może by tak było, gdyby Ryfiński miał jakąkolwiek kampanię. Wyborcy nie mieli zbyt wielu okazji do zapoznania się z planami kandydata dla miasta, które podobno Ryfiński miał, ale już się nie dowiemy. A tak na marginesie, udało się koledze Ryfińskiego z Twojego Ruchu Robertowi Biedroniowi w Słupsku. Listę Wielkiej Czwórki… „pokerzystów” otwiera Marcin Maranda z komitetu „Mieszkańcy Częstochowy”, wcześniej dostał się do rady miasta z listy Wspólnoty Samorządowej Tadeusza Wrony. Gdy we wrześniu ubiegłego roku Maranda zapowiedział utworzenie własnego komitetu wyborczego, środowiska prawicujące wydały z siebie okrzyk radości. Dziś raczej cienko śpiewają. Okazało się bowiem, że Maranda ograł wszystkich i jest największą „niespodzianką” tegorocznych wyborów. Na samym początku nikt nie zadał sobie pytania, o co Marandzie chodzi? Otóż jedna z teorii głosi, że głównym celem pana Marcina było utrzymanie się w radzie miasta. Jako radny wciąż funkcjonuje w życiu publicznym, ma kontakt z władzą, która rozdaje suweniry w różnej postaci. Ale jak tu zostać radnym, gdy Wspólnota Samorządowa słabnie i jej szanse w kolejnych wyborach maleją z dnia na dzień? Można przenieś się do innego