Nieszczęście nasze w tym, że oświatowe zmiany czynione są od ćwierćwiecza przez rozmaitych ministrów (ministry) dogmatyków (dogmatyczek) na zasadzie: chodź od płota do płota, niech podziwia to hołota. Edukacja to proces trwający u edukowanych mniej więcej ćwierć wieku, od przedszkola po magisterium, przypomnijmy sobie ile „rewolucyjnych” zmian wrzucili polityczni edukatorzy w takim okresie czasowym.
Obecna pani Ministra zapowiedziała „odchudzenie” programów nauczania i dodała kolejny przedmiot. Zapowiedzi się ziszczą lub nie. Równie dobrze może się to skończyć na wydrukowaniu nowych podręczników, wycofywanych z użytku przez kolejnego dogmatyka, ministra. Zwyczaj kontynuacji w edukacji nie istnieje, wymagałby umiejętności negocjowania kompromisu. Rządzą zaś „niezłomni”, pełni obrzydzenia do uzgadniania konsensusu, zdolni do burzenia, by z gruzów swój pomnik wystawić. Art. 48 Konstytucji mówi, że rodzice mają prawo wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami, w praktyce oznacza to jednak, że rodzice muszą mieć takie przekonania jak Minister. I muszą się podporządkować zmianom Ministrów lub ich przekonań.
Jako dziaders, w trosce o wnuki, jestem oczywiście za zdrowiem, zdrową szkołą i edukacją zdrowotną. Nawet za tym, by szkoła przestała być buro-szara, tworząc tęczowymi kolorami milszą atmosferę. Ale też jako dziaders, chcąc powyższego, nie przyjmuję bezkrytycznie głosu tzw. ekspertów, szukam sprawdzonych doświadczeń. A tym sprawdzonym rozwiązaniem nie jest sama edukacja zdrowotna, ale obecność w placówkach oświatowych lekarza/ lekarki oraz higienisty/ higienistki szkolnej. Polecam lekturę wystąpień w tej sprawie pierwszej, polskiej, lekarki szkolnej, dr. Justyny Budzińskiej-Tylickiej, polecam zapoznanie się z dorobkiem polskiej medycyny szkolnej.
Szkoła jest przeładowana programami nauczania, co samo w sobie jest szkodliwe dla zdrowia. Dołożenie dodatkowej edukacji przynieść może efekt ograniczony do rozwoju umiejętności: „zakuj, zdaj, zapomnij”. Przydatniejszy byłby stały monitoring stanu zdrowia uczniów i zdrowotnych warunków ich nauki, wczesne wyłapywanie zagrożeń i przeciwdziałanie im. Dla dzieci w okresie dojrzewania przydatna nie jest tylko „pogadanka”, potrzebna jest możliwość stałego kontaktu z higienistką, do której mają zaufanie, która może im pomóc z problemami uważanymi za „wstydliwe”.
Dziaders może polecić rzeczy sprawdzone. Niestety były one sprawdzone w innym systemie.
Medycyna szkolna, medycyna pracy, profilaktyka zdrowotna itp. to „dinozaury” pochodzące z epoki, gdy inaczej rozumiano pojęcie „medycyny publicznej”. Była „medycyna prywatna” – indywidualna usługa leczenia schorzenia u indywidualnego pacjenta, była też „publiczna” – troska o stan zdrowotny populacji. Obecnie mamy dominację medycyny prywatnej, choć świadczonej w większości przez tzw. „publiczne” podmioty i finansowanej z tzw. „publicznej” kasy. Stało się tak, gdy większość środków na usługi medyczne przejął monopol NFZ. Ponieważ, przy okazji pozbawiono samorządy pieniędzy na profilaktykę zdrowotną, anachroniczną medycynę szkolną, zniszczono głodem.
Nie pomoże zapał rewolucjonistki wprowadzającej edukację zdrowotną, nie pomogą także biadolenia dziadersa marzącego o powrocie starych, sprawdzonych metod. W chorym systemie nie da się dbać o zdrowie, ani juniorów, ani seniorów.
Jarosław Kapsa


