Problemem są słowa, a raczej ich wieloznaczność. Rzeczywistość nie nazwana nie istnieje, nazwa może określać nasz stosunek do niej. Upowszechnieniu, a raczej kolonizacji świata, przez nowy rodzaj przekaziorów, wdzierających się z pomocą internetu, towarzyszyło tworzące pozytywne nastawienie poprzez nazwanie ich „mediami społecznościowymi”. Wynikało to z troski kolonizowanych elit, by najatrakcyjniej spolszczyć angielską nazwę: social media.
Rzecz w tym, że w praktyce „social media” są antyspołeczne. Określenie społeczeństwo ma u nas długą tradycję, przenoszącą się na nazewnictwo pozytywnych zachowań: społecznikostwo, praca społeczna, spółdzielnia, wspólnota. Innymi słowy – dotyczy to dobrowolnego związku lub zaangażowania wolnych ludzi na rzecz realizacji wartości określanej jako dobro wspólne.
Jednostka świadoma swojej indywidualnej wolności (i odpowiedzialności) może angażować się dobrowolnie i bezinteresownie w różnego rodzaju działania na rzecz dobra ogółu, gdy tego typu inicjatywy upowszechniają się tworząc różnorodne więzy między ludźmi – rodzi się społeczeństwo. Ma ono charakter zarówno otwarty, jak i ograniczony. Może być ograniczenie terytorialne (wspólnota gminna), branżowe (stowarzyszenia, związki zawodowe, korporacje itp.), czy nieformalne (grupa sąsiedzka, miłośnicy książki i czarnej kawy). W każdym jednak przypadku owe ograniczenia nie stanowią bariery uniemożliwiającej „obcym” osiedlania się w naszej gminie, przystąpienia do stowarzyszenia itp. Otwartość powiększa potencjał działań społecznych. Dobrowolność wymusza także konieczność poszukiwania kompromisu, szukania wartości wspólnie akceptowanych. Możemy różnić się w ocenie Prezydenta RP, ale łączy nas przekonanie o konieczności ochrony czystości wód Warty – zatem współdziałamy.
Modne jest określenie społeczeństwo obywatelskie. Ma ono jednak znaczenie zawężające, dotyczy aktywności w sferze związanej z funkcjonowanie państwa, którego jesteśmy obywatelami (bierny i czynny udział w wyborach, współtworzenie instytucji samorządowych, zabieranie głosu w sprawach publicznych itd.). Są to sprawy ważne, ale bogactwo społeczne rośnie też od rzeczy mniej ważnych. Zdobywanie środków na obóz oazowy przez sprzedawanie domowego placka na odpuście, w ogólnym rachunku, może być nie mniej cenne, niż aktywność w partii chadeckiej.
Określenie „działamy społecznie” wyraża, w swej tradycji, bezinteresowność. Nie uznajemy za społecznikostwo aktywności w grupie wzajemnie wspierającej się w karierze, takową określamy jako klikę lub sitwę. Nie jest także akceptowane w określeniu „społeczne” wymuszanie od innych pracy za darmo (np. przez przedsiębiorcę od stażysty). Nie możliwe jest także bezkrytyczne akceptowanie lidera, bo działań bezinteresownych nikt nie może nakazać, może jedynie przekonywać i zachęcać. Sekta nie jest organizacją społeczną w tradycyjnym znaczeniu tego słowa.
A „bańka” internetowa tworzona przez media „społecznościowe”? Wszak ujawniają się w niej wszelkie złe cechy „oblężonej twierdzy”: bezkrytyczne uwielbienie wodza, umocnienie jedności przez kreację wrogów, czujna obserwacja i wykluczanie odstępców… Jest to kliniczny objaw niszczenia fundamentów społeczeństwa, objaw niewolenia „wyznawców”, odbierania im praw do wolności i godności.
Słowa kształtują rzeczywistość. Ostatecznie to od nas zależy, czy wolimy żyć w społeczeństwie, czy w zamkniętej bańce, zwanej, ku uciesze diabła, społecznością.
Jarosław Kapsa



