Piszę sobie a Muzom przed wyborami, ponoć tymi najważniejszymi. Nie szukaj więc Czytelniku odniesień, co stanie się w Polsce w Dzień Dziecka. A jeśli już musisz, posiłkuj się lekturą „Króla Maciusia” J. Korczaka. Ten stary Żyd, krótkowidz, lepiej dostrzegał mielizny demokracji.
Bombardowany głosami celebrytów i propagandzistów mam wierzyć, że to wybory najważniejsze, od nich zależy przyszłość demokracji, jest to święto demokracji, w którym udział jest arcypatriotycznym obowiązkiem itd., itp. W takiej wrzawie trudno zdobyć się na chwilkę przemyślenia: ale, w zasadzie, to po co mi ten Prezydent? Jakby nie główkować, to wydaje się, że ta określona w Konstytucji instytucja, jest dość felerna. Prezydent ma bardzo ograniczone kompetencje pozytywne, za to dysponuje ogromnymi narzędziami do psucia. Choć byśmy anioła wybrali, to nie spełni on deklarowanych w kampanii obietnic: nie da tanich mieszkań, nie wybuduje CPK i innych piramid, nie uzdrowi chorego NFZ, nie zrobi ze szkoły fajnego miejsca, nie zorganizuje 300 – tysięcznej armii uzbrojonej w perschingi, nie zrobi wielu innych pożytecznych lub szkodliwych rzeczy, bo to nie leży w jego kompetencjach. Za to może stosować weto, strajk włoski przy nominacjach generalskich, profesorskich czy ambasadorskich, podważać w drodze ułaskawień wyroki sądów, bez ograniczeń krytykować w orędziach i przemowach. W normy konstytucji wpisaliśmy instytucję psuja, martwić się tylko możemy, by nie napsuł za bardzo. Psuj, abym był dobrze zrozumiany, też jest potrzebny, bo każda władza demoralizuje, a władza absolutna demoralizuje absolutnie. Psuj, kontrolując i równoważąc inne władze centralne, chroni je przed absolutną demoralizacją. Nie mniej, nie uważam wyboru takiego czy innego psuja za akt najważniejszy w moim, demokratycznym życiu.
Wybory Prezydenta RP cieszą się największym zainteresowaniem, wybory samorządowe najniższym. Konstytucja jest na ten temat innego zdania, skoro to samorządom przypisano najwięcej kompetencji wpływających bezpośrednio na życie obywateli. To co nam serwowali w swych obietnicach kandydaci na prezydenta, byłoby do spełnienia, gdyby ubiegali się o rządy w Częstochowie, Pułtusku czy Mławie (mieszkania, lepsze usługi zdrowotne, „fajna” szkoła, bezpieczeństwo na ulicy itd.). Nauczyliśmy się jednak, że samorządowi odebrano zarówno pieniądze, jak i kompetencje, rolą prezydenta jest pokorne suplikowanie o łaskę i środki z rządzącego centrum. Mamy, niezgodny z konstytucją, ustrój klientystyczny, a co więcej nasza świadomość temu się podporządkowała.
Tzw. samorządowcy radośnie przyklasnęli pomysłowi pana T., by Prezydent RP dysponował funduszem rozdającym po uważaniu pieniądze miastom i miasteczkom, na wymyślony przez siebie cel. Taki, zaprzeczający podstawowym zasadom samorządności koncept, wywołał u „samorządowców” natychmiastowy odruch całowania łaskawcy w… rękę. Nie jest to wypadek szczególny, bo głoszący tolerancję, otwarcie na różnorodność i indywidualność, nauczyciele kornie podporządkowali się inkwizycji zwanej ngosy, zawzięcie broniących dzieci przed nauczycielsko-kapłańską „mafią pedofilską” i narzucających urawniłowkę edukatorską. Być może tak jesteśmy już przyzwyczajeni do wszechwładzy centrum, że w obliczu każdego problemu nie liczymy na własne siły, ale na siłę centralnego Kazika, który nas weźmie za mordę i zrobi porządek.
Hitleryzm, stalinizm, a nawet maoizm, większość zamordyzmu opierała się na demokratycznej woli ludu. Może więc i demokracja jest nieco przereklamowana.
Jarosław Kapsa


