Człowiek umiera dopiero wtedy, gdy ostatni raz wypowiedzą jego imię. Janusz wydawał się niezniszczalny: sylwetką, sprawnością intelektualną, aktywnością wciąż był 60-latkiem. Upływ czasu go nie dotyczył. Odszedł zaskakująco nagle, ale liczne grono przyjaciół zgromadzonych na pogrzebie świadczy, że długo jeszcze istnieć będą ludzie wymawiający jego imię. Być może, nieznane nam, kolejne pokolenie częstochowian odkrywać będzie piękno jego poezji i prozy, zawarte w nich emocje mają moc ponadczasową.
Mogliśmy go uważać za nestora środowiska dziennikarskiego. Był taką „żywą legendą”, świadkiem i uczestnikiem najważniejszych wydarzeń i form życia kulturalnego Częstochowy. Uczestniczył aktywnie w „odwilżowych” przemianach 1956 r., debiutował w środowisku „Sielanki”, w otoczeniu Marii Czai i Tadeusza Gierymskiego. Wraz z prof. Mikołajtosem i Żmigrodzkim współtworzył stowarzyszenia poetów. Był kierownikiem „Studni” i innych młodzieżowych klubów. Gdy moje dzieci zainteresowały się rockiem, radziłem: rozmawiajcie z Januszem, bo on był u źródeł częstochowskiej muzyki młodzieżowej. A ponieważ Mielczarek słusznie się określał jako „człowiek-orkiestra”, to uzupełnijmy informacje o jego aktywności laurami zdobytymi jako artysta fotografik oraz dokumentacją rzeczywistości okiem i szkiełkiem reportera.
Z profesji dziennikarskiej przeniósł się na stanowisko urzędnicze, piastując od powstania województwa częstochowskiego przez ponad 20 lat funkcję rzecznika prasowego wojewody. I był jedynym rzecznikiem, któremu „klienci” – dziennikarze lokalnych mediów – zdecydowali się jednomyślnie urządzić uroczystość pożegnalną. Bo Janusz był wyjątkowy, nie próbował narzucać urzędowej narracji, starał się pomagać w zdobywaniu informacji, delikatnie po koleżeńsku wskazując złożoności polityki regionalnej.
Emerytura oznaczała dla Janusza Mielczarka otwarcie nowego etapu. Podbił serca wystawami fotograficznymi przedstawiając swoje obrazy twórców lokalnej kultury. Współtworzył częstochowski fotoklub, wpływając na rozwój artystyczny wielu obecnych częstochowskich mistrzów. Inicjował spontaniczny klub książki, dyskusje nad Bablem i Hrabalem w kawiarniach. I w końcu, za co czytelnicy są mu wdzięczni, wrócił do twórczości literackiej. Wrócił, bo debiut, zbiór nowel pt. „Zanim wyrzucą cię z samolotu”, miał miejsce w 1981 r., przynosząc mu niechęć partyjnych ideologów. Dopiero w 2011 r. rozpoczął nową serię „Hrabalowiskiem”, wydając w ciągu trzech kolejnych lat trzy zbiory opowiadań. I był to dar wspaniały…
Podziwiać można jego umiejętność gry słowami, tworzenie z nich obrazów oddających emocję ludzi poranionych przez rzeczywistość. Znajdowaliśmy mityczny młyn pod Wręczycą, świat dzieciństwa, stający się tłem dramatu „wyklętych”. Widzieliśmy, oczyma Janusza, labirynty podwórek ul. 3 Maja, osamotnione kempingi po sezonie, przekwitające jesienią góry. Opowieść o podróży po Francji w „Skrzypku Hercowiczu” zmieniała się w emocjonalne wyznanie ojcowskiej miłości. Odnaleziony na śmietniku bohomaz zmieniał się w formę przypowieści o poszukiwaniu wiary przez malarza-rzemieślnika z Zawodzia…
Do końca aktywny, cierpliwie n-ty raz poprawiający rękopisy, cyzelujacy każde zdanie…
Każdy z nas nosi na barkach wór wspomnień o Januszu, mamy wobec niego nigdy nie spłacony dług wdzięczności. Odszedł, ale jest z nami nadal.
Jarosław Kapsa


