Są tacy, co przy prawie każdym temacie zdanie zaczynają: „a za komuny to było lepiej.” Dla kogo było to było… dziś – ponad wszelką wątpliwość – możemy stwierdzić, że koncepcja książeczek mieszkaniowych okazała się jednym z największych przekrętów państwa polskiego wobec polskich obywateli. To, co miało być sposobem na własne mieszkanie, z czasem stało się państwową piramidą finansową. Finał nastąpił w 1989 roku, gdy wraz ze zmianą ustroju cały ten mechanizm po prostu zbankrutował. Na lodzie pozostało kilka milionów posiadaczy książeczek mieszkaniowych, ale nie tylko. Istnieje też liczne grono osób, które otrzymały lokale tuż przed transformacją, ale i oni zostali przez państwo oszukani.
– Mija 40 lat od upadku komuny i do tej pory wszyscy rządzący Polską nie podjęli żadnych czynności w sprawie książeczek mieszkaniowych, a na dodatek tych pieniędzy też Polakom nie uwolnili. W komunie był bajzel, a teraz jest bajzel totalny – mówi Czytelnik 7 dni.
Na wsiach, w czasach słusznie minionych, normą były budynki mieszkalne, w których wspólnie mieszkały różne generacje. Pod jednym dachem żyli dziadkowie, rodzice i dzieci. Dla większości mieszkańców wsi powodem mieszkania “na kupie”, w nierzadko przedwojennych chałupach była… bieda. Mało kto miał jednak aspiracje do zmiany wielopokoleniowego stylu życia. Co innego w miastach. Tam ludzie pod wpływem obserwacji tego co zagraniczne, niedostępne – dzięki wyjazdom do Bułgarii czy serialowi Niewolnica Isaura, a później Dynastia – zaczęli marzyć o dobru luksusowym. Młodym nie w smak było mieszkać z rodzicami, a własne cztery kąty gwarantowały im samodzielność.
Jednak pierwotny powód utworzenia systemu oszczędzania na zakup mieszkania pod kontrolą państwa był bardziej prozaiczny. W zrujnowanym zawieruchą wojenną kraju brakowało lokali mieszkalnych, a ludzie czym prędzej potrzebowali “normalności”. Na dodatek Polska w granicach poczdamskich straciła w wyniku działań wojennych, migracji i przesiedlenia ludności 2 miliony mieszkań. Po mrocznych czasach Bieruta, gdzie władze kwaterunkowe przydzielały izby w zajętych już mieszkaniach bez zgody właścicieli, przyszedł czas na rewolucyjne zmiany Gomułki, który wskrzesił spółdzielczość mieszkaniową. A potrzeby były wielkie, chociażby z powodu powojennego wyżu demograficznego. W latach 1950–1955 wybudowano około 400 tysięcy mieszkań, cztery razy mniej niż zawarto w tym czasie małżeństw. Stąd w latach 50-tych powstał fundament projektu książeczek mieszkaniowych. Podstawowym sposobem otrzymania własnego M było zapisanie się do spółdzielni mieszkaniowej i założenie książeczki mieszkaniowej. Taki szczęśliwiec nazywał się kandydatem na członka spółdzielni, jednak “szampana” mógł odstrzelić dopiero po otrzymaniu przydziału lokalu spółdzielczego, co nie oznaczało wcale, że blok już stoi. Łącznie odczekał od 6 do 10 lat i nareszcie mógł cieszyć się własnymi czterema kątami.
Dekada lat 70. przyniosła budowę największej liczby mieszkań w Polsce, gdy I sekretarzem KC PZPR, był Edward Gierek. Od 1971 do 1980 zbudowano 2,6 miliona nowych mieszkań, co dało miejsce do zamieszkania 10 milionom osób. Rekordowym rokiem był 1978, kiedy oddano do użytku prawie 300 tysięcy lokali. Nigdy, nawet współcześnie, ten rekord nie został pobity.
Program systematycznego oszczędzania zakładał, że właściciele książeczek wpłacają regularnie określone kwoty na konto PKO, w zasadzie jedynego dostępnego dla ludności banku, a w zamian – po spełnieniu warunków – otrzymują premię gwarancyjną finansowaną z budżetu państwa. Zadaniem obywatela było zgromadzenie wkładu własnego w minimalnej wysokości 10 lub 20 procent wymaganych przez spółdzielnię kosztów budowy, co przekładało się na mieszkanie lokatorskie lub własnościowe. Młodych czytelników informujemy, że nie było wówczas prywatnych firm budowlanych, a tym bardziej deweloperów. System mieszkaniowy był całkowicie kontrolowany przez państwo.
W latach 80. nowy I sekretarz partii robotniczej Wojciech Jaruzelski uwolnił nieco tzw. prywatną inicjatywę sektora budowlanego, tym bardziej że władza wiedziała już, iż jednym z powodów frustracji i niepokojów społecznych były problemy mieszkaniowe.
Przemiany ustrojowe roku 1989 wywróciły system mieszkaniowy do góry nogami. W tym czasie w rękach Polaków było około 5 milionów książeczek mieszkaniowych, na których nierzadko był pełen wkład własny. Eksperci obliczyli, że wypłata całej kwoty zgromadzonych przez Polaków oszczędności wraz z waloryzacją premii gwarancyjnej, miałaby kosztować budżet państwa od 50 do 80 bilionów złotych, a po denominacji – około 5-8 miliardów złotych (dziś kilka razy więcej). Wskutek hiperinflacji, która w latach 1989-1990 osiągnęła poziom 1.395%, a potem denominacji (100 tysięcy złotych przed denominacją miało wartości 10 złotych po denominacji) oszczędności Polaków gromadzone latami, w tym te na książeczkach mieszkaniowych, straciły realną wartość niemal z dnia na dzień. Za pełny 10-procentowy wkład własny na mieszkanie, można było kupić zaledwie niewielką komodę bądź lipną ławę. Niech młodym czytelnikom sytuację lat 90. zobrazują współczesne ceny mieszkań – 10% z 500 tysięcy wartości nowego mieszkania to aż 50 tysięcy złotych (bez premii gwarancyjnej), które bezpowrotnie zostały przez państwo polskie zablokowane i nigdy obywatelom nie zwrócone. Hiperinflacja zmiażdżyła wartość oszczędności zgromadzonych na książeczkach mieszkaniowych prowadzonych przez PKO.
Rażąca niesprawiedliwość przez dekady była przedmiotem potyczek politycznych. Jednak już uchwała Sądu Najwyższego z 1993 roku zamknięta Polakom drogę sądową, gdyż wymiar sprawiedliwości stwierdził, że o waloryzacji premii gwarancyjnej ma decydować państwo. I tak się stało.
Od 1996 roku kwestię waloryzacji i wypłaty premii gwarancyjnej reguluje ustawa „o pomocy państwa w spłacie niektórych kredytów mieszkaniowych, udzielaniu premii gwarancyjnych oraz refundacji bankom wypłaconych premii gwarancyjnych oraz niektórych innych ustaw”. To wówczas polski rząd wydał katalog celów, który pozwalał posiadaczom książeczek mieszkaniowych sięgnąć po niewielką część zgromadzonych na koncie bankowym pieniędzy. Co więcej. Najnowsza nowelizacja ustawy, która weszła w życie w 2021 roku, znacznie rozszerzyła listę tych celów.
Właściciele książeczek mieszkaniowych dostaną premię gwarancyjną w przypadku m.in.:
* zakupu mieszkania lub budowy domu (także w trakcie realizacji inwestycji);
* zaciągnięcia kredytu na dom lub mieszkanie (pieniądze są doliczane do wkładu własnego);
* zawarciu umowy najmu instytucjonalnego z dojściem do własności;
* wymianie okien (co najmniej dwóch, jeśli w mieszkaniu jest więcej niż jedno) oraz montażu, wymiany lub modernizacji instalacji gazowej, elektrycznej lub wodno-kanalizacyjnej;
* realizacji przedsięwzięcia termomodernizacyjnego (np. ocieplenie domu czy wymiany urządzenia grzewczego), przy czym wydatki na materiały budowlane, urządzenia lub usługi muszą wynieść co najmniej 6 tys. zł.
Nadal jednak znacząca grupa posiadaczy książeczek nie może skorzystać z premii gwarancyjnej, bowiem nie są w stanie spełnić żadnej z ustawowo określonej (w zamkniętym katalogu) czynności, uprawniającej do premii. Po prostu, nie zamierzają kupować kolejnego mieszkania, zaciągać na ten cel kredytu czy wymieniać okna.
Wypłata środków obwarowana jest jeszcze jednym – o ile nie najważniejszym – warunkiem. Właściciel książeczki musi ją zarejestrować w PKO BP. Wprowadzony w 2021 roku mechanizm miał pozwolić na zweryfikowanie liczby rzeczywiście istniejących książeczek i oszacowanie kwoty łącznych zobowiązań państwa wobec obywateli. Wiadomo bowiem, że na 5 milionów książeczek mieszkaniowych, których posiadaczami byli obywatele pod koniec lat 80. – dziś w obrocie jest jeszcze około jednego miliona tego typu dokumentów. Przez ostatnie prawie 40 lat ludzie likwidowali książeczki, najczęściej wypłacając z nich dosłownie grosze oferowane przez państwo, bo już dawno przestali liczyć na obiecaną im w PRL waloryzację.
Do 2022 liczba zarejestrowanych książeczek w banku PKO BP, wyniosła 20.270 szt., przy czym zlikwidowanych obecnie jest prawie 11 tysięcy.
Gdyby dziś, wszyscy właściciele książeczek mieszkaniowych zdecydowali się na jednoczesną likwidację ich przy średniej wysokości premii gwarancyjnej z 2025 roku wynoszącej około 10 tysięcy złotych, a sporadycznie więcej (kwoty wypłat są różne), budżet państwa musiałby przeznaczyć na ten cel prawie 21 miliardów złotych. Kwota ta – jak przyznaje Ministerstwo Rozwoju i Technologii – “stanowiłaby znaczne obciążenie dla wydatków państwa”. Jednocześnie rząd przyznaje, że rzeczywista wartość zgromadzonych na książeczkach wkładów wraz z premią gwarancyjną sięga 500 miliardów złotych. Resort Rozwoju kilka tygodni temu definitywnie zamknął temat. Nie będzie nowych prac legislacyjnych nad książeczkami mieszkaniowymi.
Prawie milion Polaków nie dostanie rekompensaty za utracone z winy państwa polskiego oszczędności.
Proszę opowiedzieć nam swoją “przygodę” z książeczką mieszkaniową – zwracamy się do Czytelnika 7 dni:
– Chciałabym pani redaktor zilustrować sytuację. Moja siostra miała wpłacone na książeczce, w latach komuny (w latach 70.) ponad 500 tysięcy złotych. I chcę pani pokazać, co teraz państwo chce jej zwrócić: 52 złote i 55 groszy. Taki jest bajzel. Ta książeczka została założona przez nią i składana w latach 1971-75, a jeszcze wcześniej (w latach 60-tych) rodzice założyli jej książeczkę lokatorską i własnościową.
– Będę kontra… Minęło prawie 40 lat od upadku komuny, więc jaki jest sens wracać do przedawnionego tematu?
– Bo ten temat jest ciągle aktualny i do dziś nie jest rozliczony. Jakie przedawnienie? Jakby państwo na przykład chciało 40 lat temu wypłacić te pieniądze zrewaloryzowane, a ktoś by machnął na to ręką i teraz grubo poniewczasie się o nie upomniał, to tak, zgadzam się, wtedy to jest przedawnienie. Zresztą w Polsce, co do zasady, wszystko się przedawnia: życie, zdrowie, uzębienie, wynagrodzenie i czas ludzki. To tak samo jakbym powiedział, że pani za długo żyje i pani życie już się przedawniło.
– Nikt nie pochyli…
– A dlaczego? Przecież ludziom pieniądze nie zostały wypłacone w sposób rzetelny.
– Już 50 razy pieniądze się zmieniły w jedną i w drugą stronę, zarabiamy zupełnie inaczej niż zarabialiśmy kiedyś. Nie wspomnę o hiperinflacji, denominacji, czy wzlotach i upadkach złotego.
– Nie ma wzlotów, jest cały czas upadek złotego, tylko wymiar sądowy ciągle mnie ogłupia, że mamy do czynienia z deflacją. Poza tym ja mam książeczki sprzed 40 lat, ale wiele osób miało te książeczki założone później. Siostra miała na książeczce pieniądze gromadzone na segment jednorodzinny. Zmarła, a państwo się nie interesuje. Pieniądze praworządnie przepadły.
I właśnie dlatego uważam, że ten temat jest godny medialnej prezentacji.
Co ciekawe – co wyczytałem w jednej gazecie – byłoby podobno niesprawiedliwie przywracać ludziom pieniądze… Natomiast jest sprawiedliwie, jeśli to państwo oszukuje. Do tego wszystkiego Sąd Najwyższy zauważył, że to by rozwaliło budżet. Ale jak państwo okradało, to się nikt nie martwił, że nadmiar pieniędzy rozwali budżet państwowy. Tylko w drugą stronę może rozwalić.
– Nie martwił się też, gdy rozwalał budżet obywatela…
– Właśnie. Moi rodzice wszystkim dzieciom, a było nas czworo, założyli i książeczki lokatorskie i własnościowe, ale niezależnie od tego, za czasów Gierka, moja rodzina organizowała prace związane z malowaniem słupów wysokiego napięcia, czy mostów kolejowych. Zaangażowana w to była cała rodzina. Siostra pracowała ze mną sześć lat, odłożyła sobie na książeczce własnościowej na mieszkanie ponad 500 tysięcy w złotówce Gierka. To były olbrzymie pieniądze na tamten czas. Odpowiednikiem tamtych pieniędzy byłaby dziś równowartość luksusowej willi lub równowartość dzisiejszych 400 płac minimalnych. A teraz to jest… 52 złote 30 groszy?
– Trzeba było ubiegać się o wypłatę zaraz po zmianie ustroju.
– Zaraz, zaraz, wtedy jeszcze nie nadeszła kolejka odbioru mieszkania, to jak się mogłem upominać o pieniądze? Oni powiedzieli, że tutaj tyle jest wpłat plus jeszcze premia, bo najpierw państwo nas okradało, a później część tych pieniędzy zwracało w formie premii gwarancyjnej.
I tak to tłumaczyli, że państwo zwraca. Pani redaktor się chyba ze mną zgodzi, że gdyby nie było inflacji, gdyby ten pieniądz miał realną wartość z czasów komuny, to teraz je bierzemy i możemy sobie kupić domek jednorodzinny za 500 tysięcy, zupełnie przyzwoity, albo mieszkanie 60-70 mkw.
– U pana sprawa jest zdaje się dużo bardziej skomplikowana…
– Te pieniądze są nadal zabetonowane. Bo w tym też jest problem, że ja nie mogłem tych pieniędzy podjąć, bo wydział finansowy powołał się na ustawę o domniemaniu, czyli te pieniądze rzekomo są moje, ale wydział finansowy w ten sposób zrobił, że nie całą rodzinę rozliczył z podatku. Dla przykładu, ja zarobiłam 200 tys. zł, pani redaktor zarobiła 100 tysięcy złotych, pani sekretarka 100 tysięcy zł to jest 400 tysięcy złotych i tę kwotę przypisano tylko mnie. Nie rozłożyli tego na cztery części, czyli na wszystkich członków rodziny, którzy ten dochód wypracowali.
Ja tych pieniędzy nie mogłem wcześniej podjąć, bo do tej pory nie mam oferty przydziału mieszkania. A Wydział Finansowy te pieniądze zabezpieczył.
– Chodzi o podatki?
– Podatki, ale to wszystko się razem ze sobą wiąże, bo razem mieszkaliśmy, to mogły być pieniądze moje, a nie siostry i na tej zasadzie to trwa całą wieczność, aż wszyscy umrzemy i wszystko zdechnie śmiercią naturalną.
– W jakiej spółdzielni mieszkaniowej byliście zapisani?
– My w spółdzielni Segment byliśmy zapisani.
– Gdy służby zabezpieczyły państwa środki, rozumiem, że wypadliście z kolejki w spółdzielni mieszkaniowej?
– No tak. Ten zarzut wyłudzenia tak zwanego mienia niewyobrażalnej wysokości ostatecznie upadł. Mija 40 lat i do tej pory nie podjęli jeszcze żadnych czynności, a na dodatek tych pieniędzy też nie uwolnili. W komunie był bajzel, a teraz jest bajzel totalny.
Renata R. Kluczna




1 Komentarz
“Dzieci komuny” – okazały się niewiele warte, spartaczyły robotę, która mogła przynieść upragnioną odbudowę ustroju dla wielu oczekiwaną i co … spaliło na panewce, silniejsze okazało się, że warcholstwo, nieuctwo, niekompetencja, nieodpowiedzialność złodziejstwo i zanik cnót obywatelskich….
Pytanie kluczowe dla przyszłości miast polskich i miasteczek:
A co zrobiły i robią-nie-robią dalej dla Ojczyzny “dzieci postkomuny” i “wnuki postkomuny” ?
Nic lepszego a dużo gorszego – i trend spadkowy “dobrodziejstw” jest aż nadto widoczny i groźny.
Tego złodziejowa i upadku cnót urzędniczych i zaufania do władzy lokalnej, regionalnej i państwowej oraz instytucji publicznych- długo nikt nie podniesie nawet na najniższy poziom przyzwoitości.
Po prostu nie ma kto, bo ludzi na poziomie, kompetentnych i inteligentnych jak na lekarstwo.
Nie pomoże nawet “sztuczna inteligencja”, bowiem organicznym trepom nic nie pomoże, a to narzędzie znakomicie służy tylko ludziom inteligentnym… z każdego matoła, “któremu się wydaje”, AI pomoże szybciutko ujawnić jego “matołectwo” i podatność na kosztowne “halucynacje”, co uczyni z nich obiekty wystawione na wzmożone pośmiewisko i cywilną śmierć – głupszy od swojej sztucznej inteligencji.