Wyszło tak na koniec sierpnia, że trafiłem na obchody 45-lecia Porozumień Gdańskich. Wnuczki mam w Gdańsku, rocznica prawie okrągła, w dodatku to część mojego życia, wsiadłem w pociąg, odnajdując wagon wśród ruin naszego dworca i pojechałem. Nie jako jakiś tam gość specjalny, ale tak normalnie, jak to Polak, który chce z Polakiem pogadać.
Było owszem miło i ciekawie na imprezach towarzyszących. Gorzej na głównej, której kulminacją miało być symboliczne otwarcie stoczniowej bramy nr 2. Tłumek był, więc się z tłumkiem gdańskim zakręciłem, by trafić pod pomnik z trzema krzyżami: widok stąd wydawał się najlepszy. Pod pomnikiem starszawe, kilkuosobowe grono z transparentem „Opozycja niekoncesjonowana”, pilnowała, by nikt „koncesjonowany” nie ośmielił się wieńców składać. Szczęściem wpadłem na eks-znajomego, b. ministra rolnictwa Gabriela J., tenże mi ulotkę dał o ruchu przyjaciół G. J.
Z takim glejtem to już na koncesjonowanego opozycjonistę nie wyglądałem.
Tłum jęknął: „idom”. Lecę. Pomnik z nami oddzielała barierka, za barierką kilku ZOMO-podobnych funkcjonariuszy i osiłków po cywilu. Myślę: taka fajna rekonstrukcja. Za kordonem druga barierka, a za nią, w otoczeniu kolejnego kordonu, kilkusetosobowa czereda oficjeli, prowadzonych przez dyrektora ECS i marszałka, znanego mi niegdyś jako „borsuk”. Tłum z pomnika do kordonu: „Czy można przejść za barierki…?”, ”Nie można”, „A dlaczego?” „Bo nie..” Z drugiej strony pani Henryka-Tramwajarka krzyczy, że trzeba obalić te barierki, a do nas – „rozumu nie macie, że stoicie tam, a nie z nami”. Na nadmiar rozumu nie narzekam, pokornie przyjąłem krytykę. Pani Henryka też wiekowa, więc barierek nie obala. A jak chcieliśmy sami, to się ZOMO-rekonstruktorzy zdenerwowali.
Poszło, przeszło, były mowy, niektóre ciekawe, nawet Lecha z magnetofonu puścili. Bramę otwarli. Wróciłem do ECS, poświętowałem z godzinkę i z powrotem pod pomnik. Krajobraz bez zmian, tylko za barierkami i kordonem inna, kilkusetosobowa czeredka oficjeli, z urzędnikiem związkowym Dudą i prezydentem, tym razem nie Dudą, ale Nawrockim. Tłum „pomnikowy” z entuzjazmem skandował „Lech Wałęsa”, co nie budziło euforii wśród oficjeli związkowych. Miny Nawrockiego nie widziałem, bo mi go goryle zasłaniali. Zresztą złapał mnie pod rękę jakiś rówieśnik z Gdańska, tłumacząc, że taki cyrk trzeba o kilometr omijać.
I tak sobie poświętowałem. Kolega, któremu przygody opowiadałem, wyśmiał mnie serdecznie: „Po coś tam jechał? U nas ciekawiej. Darek Goliszek z Jurkiem Zimnym referendum ogłosili, by prezydenta wykopać, a kibol Stala z eks-PiS Sokołowskim ich przelicytowali. Nie tylko prezydenta chcą wykopać, ale całą Radę, a także wszystkich Ukraińców, Białorusinów, Kolumbijczyków z Brazylijkami itd., itp., z Eskimosami na czele. A mówią, że kibole tylko Żydów nie lubią”.
Faktycznie, po com się pchał do gdańskiego cyrku, skoro Częstochowa po raz kolejny udowodniła, że w tej konkurencji jesteśmy daleko z przodu.
Mimo półwiecznego koleżeństwa z Dudkiem Zimnym, mimo sentymentu dla trenera szachowego Goliszka, nie poprę ich referendalnych ambicji. Bo inicjatywę przejmą kibolaki, pomylą mnie z Papuasem i wykopią daleko za aut boiska. Kopniak nie boli, ale gdzie ja – wyrzucony z Częstochowy – lepsze przedstawienia cyrkowe znajdę.
Jarosław Kapsa

