Jeśli ktokolwiek ma jeszcze wątpliwości, czy w Częstochowie powinna jak najszybciej nastąpić zmiana władzy, to lektura tego tekstu brutalnie je rozwieje. Urzędnicy wciąż szepczą po kątach ciemnych korytarzy magistratu, ale szelest ten z każdym dniem zmienia się w ryk oburzenia. Młodziutkie dziewczę „znikąd” z wątpliwą ścieżką zawodową zagięło parol na Matyjaszczyka – nie tylko prywatnie (co nikogo nie obchodzi), ale przede wszystkim zawodowo – i „przejęło” fotel prezydenta miasta, bez wiedzy mieszkańców. Matyjaszczyka w tej układance nie ma już od dawna; zniknął zarówno jako lider Częstochowy, i jako mężczyzna. Trudno o gorsze świadectwo dla dojrzałego wiekiem i stażem polityka niż ślepota na działania byłej sekretarki, którą awansował w swoim urzędzie, poślubił, by ostatecznie oddać jej stery władzy.
„Iskierka myślała, że będziemy milczeć wiecznie, bo każdy urzędnik boi się o etat” – czytamy w porażających relacjach pracowników urzędu miasta Częstochowy, których w rewanżu za nieposłuszeństwo poddano egzekucji zawodowej, co ma na celu odstraszyć naśladowców.
Czas na pytanie do wszystkich: Co stało się z Waszym zdrowym rozsądkiem? Gdzie podziała się choćby odrobina szacunku dla samych siebie?
Na potrzeby materiału prasowego, dla wyraźnej identyfikacji bohaterów, Joannę Matyjaszczyk, małżonkę Krzysztofa Matyjaszczyka (prezydenta z zarzutami prokuratorskimi) nazywamy panieńskim nazwiskiem – Iskierka.
– Zadania kancelarii prezydenta przejęło utworzone w 2023 roku Biuro Ładu Korporacyjnego. Czemu miało to służyć?
A: – Cel był prosty. Już wiadomo było, że Iskierka z prezydentem oficjalnie są razem. Mieli to w planach. Wszystko: ślub, dziecko, rozwiódł się z żoną. I żeby Iskierka nie podlegała w pracy bezpośrednio pod Matyjaszczyka, bo kancelaria prezydenta była bezpośrednio pod nim, to stworzyli Biuro Ładu Korporacyjnego i wtedy przełożoną Iskierki, zamiast prezydenta, została pani sekretarz Wanda Kukla.
B: – Wydział stworzony specjalnie pod stanowisko dla Iskierki, po prostu.
A: – A dlaczego Biuro Ładu Korporacyjnego? Iskierka sobie to wymyśliła, ona miała takie „wspaniałe” pomysły. Od początku chodziło o to, żeby stworzyć dla niej kierownicze stanowisko i żeby miała pod kontrolą Matyjaszczyka. Wszyscy się z tego śmiali. Prezydent, by może ją gdzieś przeniósł do jakiejś spółki miejskiej, ale Iskierka w życiu by się na to nie zgodziła, bo się boi, że przyjdzie młodsza i zbałamuci Matyjaszczyka. Ona nie ma przyjaciółek, koleżanek poza pracą – ma tylko jego.
– Kim byli ludzie, którzy przyszli pracować do nowego wydziału?
B: – Biuro powstało chyba tylko i wyłącznie do obsadzenia przez swoich.
A: – Iskierka do biura ściągnęła ludzi, którzy byli w Stowarzyszeniu Wspólnie dla Częstochowy [WdC] lub sympatyzowali ze stowarzyszeniem. Był też pewien gościu, ale po akcji CBA zrezygnował i teraz trzęsie gaciami. Poza tym pracowała Alicja, Ewa – obie zresztą startowały w wyborach z komitetu Wspólnie dla Częstochowy. Pracowała również pewna starsza babka, co prawda nie była w stowarzyszeniu, ale zapieprzała przy zbiórkach, które organizowało WdC. Z puszkami w plecaku biegała po mieście. Była na to wkurzona, ale się bała i robiła co Iskierka jej każe, aż ludzie się śmiali.
Trzeba zaznaczyć, że większość rzeczy dla Stowarzyszenia Wspólnie dla Częstochowy, a było ich mnóstwo, działy się w czasie godzin pracy w urzędzie, bo przecież byliśmy zatrudnieni w Biurze Ładu Korporacyjnego. Zadania dotyczące WdC, Iskierka zlecała nam w godzinach służbowych, a jak nie zrobiliśmy roboty urzędowej to była zjebka od Iskierki i harowaliśmy potem do 20.00, żeby nadrobić pracę urzędniczą.
Najpierw było tylko stowarzyszenie, a potem doszła nam robota przy wyborach samorządowych [2024] komitetu Wspólnie dla Częstochowy i chodzenie z ulotkami, chociaż nie tylko. Jak się na przykład Krzysztof na lampie przekręcił, to ja z tą starszą kobitką braliśmy drabinę i zapierdzielaliśmy Krzyśka prostować. I to szybko trzeba było zrobić. Więc obrabialiśmy nie dość że pracę w urzędzie miasta, stowarzyszenie to jeszcze wybory samorządowe i Krzyśka.
– Czy podobnie jak inni pracownicy Biura Ładu Korporacyjnego wykonywaliście czynności, które nie należały do obowiązków urzędnika?
B: – Tak, bo Iskierka traktowała to jako polecenie służbowe. W zapisie zakresu obowiązków jest również taki punkt „i inne polecenia zlecane przez przełożonego.” Iskierka nie rozróżniała swoich funkcji, a pełniła dwie: prezesa stowarzyszenia WdC i dyrektora Biura Ładu Korupcyjnego. Tak to funkcjonowało.
Pani redaktor patrzy na mnie dziwnie, bo nie rozumie… jak dorosłe, wykształcone osoby mogły godzić się na takie traktowanie. Dla kogoś z zewnątrz to brzmi jak farsa, ale dla nas to była codzienna rzeczywistość podszyta strachem. W przypadku Iskierki nikt nie pytał o procedury, prawo czy chociażby logikę. Liczyło się tylko jedno: żeby kaprysy Iskierki były spełniane natychmiast, a urzędnicy działali jak prywatny dwór, a nie instytucja publiczna.
Pewna urzędniczka, która od zawsze była wobec Iskierki bojaźliwa, tańczyła przed nią jak ta jej zagrała: „Pani Asiu, i pani Asiu”. Na kolanach prawie że… Z kawą, z zupą dla Matyjaszczyka latała, sprawdzała łyżeczką, czy aby nie za zimna lub broń Boże nie za gorąca. Komedia.
A: – Było tak, że Iskierka wysyłała nas na miasto po śniadanie dla Matyjaszczyka, po bułkę, po sałatkę itp. I zaraz dzwoniła za człowiekiem: „co tak długo, bo prezydent głodny, no k…a wracaj”.
– Z wyborami i WdC wyszło fatalnie… ale o tym innym razem. Wróćmy do waszej pracy w urzędzie…
A: – 25 lutego, kiedy Matyjaszczyk został zatrzymany na polecenie Prokuratury Krajowej, byłam w pracy i wtedy dostałam telefon z CBA, że mam przyjechać do domu, bo tam też była siedziba Stowarzyszenia Wspólnie dla Częstochowy, która podana była tylko do celów korespondencyjnych. Przyjechałam. Funkcjonariusze szukali dokumentów stowarzyszenia. Nic nie znaleźli, bo wszystkie dokumenty miała Iskierka pod kluczem. Wystraszyłam się, ale też się wściekłam na Iskierkę, bo dzwonię do niej, a ona nie odbiera, tylko mi wysyła sms-a, że mam natychmiast wracać do urzędu. Myślę sobie… porąbana…
B: – Iskierka jeszcze tak wymyśliła, że w razie gdyby wpadły media do urzędu, to mamy Matyjaszczyka własną piersią zasłaniać i ochraniać. Takie były jej zalecenia.
A: – Funkcjonariusze CBA niczego u mnie w domu nie znaleźli i w tym samym dniu pojechałam do prokuratury w Katowicach. Na korytarzu była kolejka. Był m.in. Robert Kalinowski, prezes CzPK i Teresa Szajer, naczelna z Życia Częstochowy.
– Ostatecznie zrezygnowała pani z zarządu w Stowarzyszeniu Wspólnie dla Częstochowy…
A: – 17 marca jadę do Magdaleny Kłosowskiej wiceprezes WdC do domu i rezygnuję z sekretarza stowarzyszenia oraz wypowiadam pisemnie jego siedzibę. Konsekwencje tej rezygnacji były dla mnie przykre, bo okazało się, że moje stanowisko w urzędzie miasta idzie do likwidacji. A zaznaczam, że dotychczas nikt nie miał żadnych zastrzeżeń co do mojej pracy w urzędzie.
– I co było dalej?
A: – Iskierka przestała ze mną rozmawiać całkowicie. Ja do niej na przykład dzwonię, bo chcę coś ustalić w pracy w urzędzie, a ona nie odbiera ode mnie telefonu. Wzywa inną pracownicą i przez nią sobie załatwia, ustala, a ja nic nie wiem, chociaż jestem kierownikiem i mam nadzorować pracę tej pracownicy.
– Od 25 lutego pani normalnie przychodziła do pracy do urzędu miasta?
A: – Nie, z tego stresu się rozchorowałam. Gdy zobaczyłam, co się dzieje, że nikt ze mną nie gada, że poza mną są wydawane jakieś polecenia moim pracownikom, to mój organizm nie wytrzymał i poszłam na L4.
Później Iskierka przenosi sobie inną pracownicę do swojego sekretariatu i zaczyna ją wprowadzać w to, co ja robię, w moje obowiązki, zaczyna ją przyuczać. Nie jestem głupia, wiem po co to robi. Przeczuwałam już, że za chwilę po prostu mnie spuszczą z urzędu. Iskierka zabrała mi wiele zadań, więc dzwonię do dyrektora urzędu Marka Czerwińskiego i pytam, czy coś się stało? A on mówi, że już się nie będę tym zajmować. Ja mówię sarkastycznie: „to fajnie, że ktoś mi w ogóle o tym powiedział.” Na co on: „fajnie to dopiero będzie.” Taki tekst…
Niecały miesiąc byłam na zwolnieniu lekarskim. W tym czasie Iskierka szukała czegoś, żeby mnie na czymś złapać, ale nic nie znalazła. Ewidentnie szukała haka na mnie, żeby wykazać moje błędy w pracy.
W czasie mojego urlopu dyrektor Czerwiński wezwał podległą mi pracownicę i wręczył jej przeniesienie z Biura Ładu Korporacyjnego do innego wydziału, na trzy miesiące.
B: – Zacznijmy od tego, że popadłam w niełaskę z co najmniej dwóch powodów: jestem koleżanką „A” i byłam zeznawać w CBA. Na szczęście nie zdążyłam być członkiem WdC i nie wpłacałam na stowarzyszenie 7% swojego wynagrodzenia z urzędu miasta.
Wezwał mnie Marek Czerwiński, p.o. dyrektora generalnego urzędu miasta i wręczył mi pismo o przeniesieniu. Nie wiedziałam w ogóle w jakim celu jestem przenoszona, ale czułam już smród, który nadchodzi, bo mam intuicję. Dyrektor daje mi dokument bezterminowy, którego nie podpisałam. Na co on był przygotowany i wyjął z szuflady przeniesienie na trzy miesiące. Ja mówię do niego „na trzy miesiące to ja się mogę zgodzić na taki ruch i wtedy zobaczę, czy ja się tam nadaję, bo ja nigdy nie pracowałam w mieszkaniówce.”
W połowie maja poszłam do nowego wydziału. Wydział był kompletnie nieprzygotowany na moje przyjście, wręcz byli zaskoczeni, że stawiłam się do pracy. Posiedziałam sobie w sekretariacie. Potem przeszłam pod opiekę pani Jadzi, na miejsce innego nieobecnego pracownika. Dowiedziałam się, czym zajmuje się wydział.
W końcu dostałam dokumenty: zakres obowiązków i kartę stanowiskową, która nie zgadzała się z poprzednią, więc warunki zatrudnienia radykalnie się zmieniają. Po raz kolejny nie podpisuję tych dokumentów. Spadłam na stanowisko inspektora ze starszego specjalisty.
– Dlaczego nie chciała pani przeniesienia? Praca jak praca.
B: – Ja wiem, jakby to wyglądało, szukali by czegoś na mnie, żeby dyscyplinarnie na mnie wjechać. Żeby mi się noga powinęła, bo nie wiem, nie umiem, albo nie znam przepisów w tym nowym wydziale, bo nigdy wcześniej się tym nie zajmowałam.
– Każdy normalny człowiek, gdy tego słucha ma wrażenie [a ten wywiad to tylko niewielki fragment całości materiału], że urząd miasta to siedlisko strachu poprzez dyktat i prywaty nad sprawami zawodowymi…
B: – Ja mam niesamowitą intuicję taką wewnętrzną i od razu wiem, z kim mam do czynienia. Mówiłam od razu, że Iskierki trzeba się bać, bo to jest nieobliczalny, zły człowiek. To jest człowiek interesu. To, że ona 6 grudnia wzięła ślub, to jest zwieńczenie jej piętnastoletniej wojny o Matyjaszczyka.
A: – W prywatnych rozmowach, z osobami postronnymi, Iskierka traktuje ich jakby te osoby pracowały w urzędzie. Nie umie rozmawiać inaczej niż rozkazywać.
B: – Jest nieobliczalna, nie liczy się z nikim, nadużywa swojej władzy wszędzie, gdzie się tylko da. Pracowników magistratu wykorzystywała do załatwiania spraw prywatnych. Kazała im kupować różne rzeczy do domu i jeszcze miała pretensje, że nie takie. Wszystkich dookoła opierniczała i przy tym strasznie przeklinała.
– A co na to wszystko pracownicy urzędu?
A: – Z tego, co słyszałyśmy, to powiało grozą. Wszyscy siedzą jak myszki. Są zastraszeni, boją się o robotę. Naszym przykładem zamknęli gęby całej reszcie. Tak to wygląda.
***
Wyznania urzędników kreślą obraz, w którym częstochowski magistrat jawi się nie jako instytucja publiczna, a prywatny folwark, gdzie publiczne zasoby – od etatów, przez urzędowy czas pracy, aż po służbowe narzędzia – zostały zaprzęgnięte do zniewolenia wolnych obywateli. Zmuszanie urzędników do biegania z zupą, robienia prywatnych zakupów czy prostowania plakatów wyborczych na drabinie w godzinach pracy – to nic innego jak mentalne i zawodowe poddaństwo. Narzędziem tej tresury stał się strach przed utratą pracy, co wykracza poza wszelkie normy prawne i ludzką godność. A w tle tej historii stoją przecież prokuratorskie zarzuty dla samego prezydenta i wizyty agentów CBA.
Do kolejnych bulwersujących wątków tej sprawy obiecujemy wkrótce powrócić.
Renata R. Kluczna



