Komin na Zawodziu stał i ostał się w świadomości mojego pokolenia. Teraz o nim przypomina wystawa fotografii Zdzisława Sowińskiego, prezentowana w ROK na ul. Ogińskiego. Mogliśmy, wraz z 200-leciem połączenia Częstochówki z Częstochową przez wyznaczoną Aleję Najświętszej Maryi Panny, obchodzić także 100-lecie stania komina, lecz biedak został rozebrany, bo groził zawaleniem.
Kominy były onegdaj symbolem miast przemysłowych, prezentowano je na banknotach, medalach, odznakach, pocztówkach. Wjeżdżając do Częstochowy zderzaliśmy się z szeregiem wyniosłych kominów hutniczych, im. B. Bieruta, z drugiej strony miasta kłębiły się kominy Rudnik. Skrytym był komin na osiedlu przy ul. Szymanowskiego, opakowano go w pierwszy częstochowski „drapacz chmur”. Najsłynniejszy był jednakże ten zawodziański, stał on vis a vis Jasnej Góry tworząc kontrast między sacrum a profanum. Dla tych, dla których Jasna Góra była sercem miasta, komin był wrzodem na tyłku, dla uznających Jasną za ciemnogród – symbolem modernizacyjnego uprzemysłowienia. Zatem jedni marzyli, by Jasną Górę przytłumić innymi wzniosłościami, tak jak dziś w Warszawie zatłumiono Pałac Kultury im. Stalina, drudzy kombinowali, jak pozbyć się komina z przestrzeni widocznej z klasztornych wałów. Ostatecznie zdecydowała jakość ceglanej materii, na którą człowiek ma ograniczony wpływ.
Wystawa Sowińskiego zderzyła się czasowo z prezentacją w Miejskiej Galerii sztuki Triennale Sztuki Sacrum, moim zdaniem najciekawszego wydarzenia w kulturze częstochowskiej ostatnich kilku lat. Pokazano na niej nasze częstochowskie zderzenie, tworzące tożsamość wiecznie niezadowolonych mieszkańców. Świętość wlewająca się Via Sacra do Sanktuarium Maryjnego, nowoczesność od hutniczych Wielkich Pieców, po blokowisko Północy, McDonald i figurki maryjne z odkręcaną główką, sielską wiejskość Rynku Wieluńskiego i „szklane domy”, wielkomiejskie Puchatki. Nostalgia za światem oswojonym, autoironia oraz poczucie dekadencji, wydobywa się chcący i niechcący ze wspaniałych dzieł miejscowych artystów.
Triennale jest, niewątpliwie, najlepszym wyrazem obchodów 200-lecia (chyba, że za takowe uznamy referendum). Jednocześnie to ilustracja poczucia odchodzenia w niebyt Częstochowy, jaką znamy, do jakiej czuliśmy sentyment. Tu nie o jeden komin chodzi. Na miejscu dworca, symbolu modernizacji lat 90-tych XX w., wielka dziura z placem budowy. Zamknięta, popadająca w ruinę poczta projektowana przez Adolfa Szyszko-Bohusza, Dom Księcia, koszary policyjne, Peltzery, Moty, bank w Alejach i na ul. Piłsudskiego, browar, hotel Polonia… Każdy obiekt ma swoją historię, wspólnie stanowią o naszej tożsamości, przestrzeń jest tlenem pozwalającym nam żyć po swojemu.
Obserwując dekonstrukcję starej przestrzeni, trudno uniknąć smutnej refleksji. Niszczone budynki miały swoją wartość architektoniczną i swoją historię. A co po nas zostanie? Co stanowi ikonę Częstochowy epoki III RP? Dworzec, który wyburzono…? Może cmentarz komunalny, a może „szklane” plomby wsadzone w starą zabudowę Alei…? Czy naszą tożsamość dziś buduje galeria z obrazami czy galeria z portkami?
Dekonstrukcja, degradacja, demolka… Komin był i się zbył.
Jarosław Kapsa



