Dziewięćdziesiąt lat temu, w grudniu 1922 r., Polska stała na krawędzi wojny domowej. Cztery lata po odzyskaniu niepodległości, dwa lata po zwycięstwie nad bolszewikami, kilka miesięcy po uroczystej inkorporacji Górnego Śląska i Wileńszczyzny. Pierwszy demokratycznie wybrany Prezydent Najjaśniejszej Rzeczpospolitej zginął od kuli zamachowca. W odwecie planowano wymordowanie polityków prawicowych. Zanim wgłębimy się w szarą rzeczywistość naszej przeszłości, warto jedno sobie uświadomić. Nie da się oceniać wydarzeń historycznych, stosując dzisiejszą miarę. „My Polacy lubimy pomniki” – pisał Gałczyński, dlatego nie wnikamy w szczegóły, w brązach i spiżach wykuwamy własne projekcje marzeń o wzorcach patriotycznych. Człowiek jest z innej materii niż spiż i brąz. Największy bohater przeszłości też może mieć na sumieniu poważne grzechy, a nawet czyny zbrodnicze. Nie jesteśmy tego w stanie osądzić bez empatii, bez kontekstu otoczenia. Polska międzywojenna nie była krajem wyjątkowym. We wszystkich krajach europejskich demokracja splatała się z demagogią i anarchią; w wielu z nich odpowiedzią były rządy „silnej ręki”. Przemoc była czymś codziennym, stale towarzyszyła politycznym sporom. Wiece i manifestacje, nie tylko w Polsce, ale i w Czechach, Francji, Szwecji, nie mówiąc o Niemczech, kończyły się często ulicznymi walkami z użyciem przez obie strony nie tylko pałek i kastetów,lecz i broni palnej. Takie były czasy, takie obyczaje… bez uwzględnienia tego nasz osąd będzie niesprawiedliwy. Nie było czymś nadzwyczajnym morderstwo popełnione na polityku; w zamachach na głowy państw zginęli: król Jugosławii, premier Francji, kanclerz Austrii, prezydent Stanów Zjednoczonych. Do zbrojnych przewrotów i walk wewnętrznych o charakterze bliskich wojnie domowej dochodziło we Włoszech, Niemczech, Francji, Austrii. Na tym tle czytajmy naszą historię. Wyniki wyborów 1922 przeniosły do Sejmu i Senatu obraz Polski podzielonej. Sejm podzielił się na 17 klubów partyjnych, rządy musiały opierać się na nietrwałych koalicjach. Za klęskę państwową uznano wyniki wyborów na kresach. W województwach wileńskim, nowogrodzkim, poleskim i na Wołyniu blok mniejszości narodowej uzyskał ponad 75 proc. głosów. Na rdzennie polskich obszarach najsilniejsza była prawica; uzyskała ona ogółem 29 proc. głosów, dysponując w Sejmie dwoma klubami: 98-osobowym klubem Związku Narodowo-Ludowego z St. Grabskim, St. Głąbińskim, ks. K. Lustosławskim oraz 27-osobowy klub narodowy z E. Dubanowiczem i St. Strońskim. W centrum najsilniejsze było witosowskie PSL „Piast” – 70 posłów ; chadecja Korfantego uzyskała 44 mandaty. Za porażkę uznać można było wynik wyborczy lewicy, wspieranej autorytetem J. Piłsudskiego: PSL „Wyzwolenie” miało 48 posłów, PPS – 41 posłów. W sumie (po zakończeniu wewnętrznej rotacji i przepływów posłów z klubów do klubów) prawica dysponowała 164 mandatami ( 37 proc.), centrum ludowe 68 (15,4 proc.), lewica 126 ( 28,5 proc.), mniejszości – 81 posłów. Poza Sejmem był Józef Piłsudski, Naczelnik Państwa, cieszący się autorytetem zwycięskiego wodza. Piłsudczycy nie tworzyli odrębnego ugrupowania, do Sejmu z list „Wyzwolenia” i PPS weszli wierni Marszałkowi legioniści, bojownicy PPS i POW: Miedziński, Zyndram – Kościałkowski, Jaworski, Poniatowski, Moraczewski. Mimo braku oparcia w Sejmie, Piłsudski uważany był za pewnego kandydata do stanowiska Prezydenta RP. Sposób, w jaki odrzucił on tę propozycję, był jakby zapowiedzią przyszłych konfliktów. Mówił, że trzeba wydobywać się z „bagien i trzęsawisk”, że potrzebny kandydat o „lekkiej ręce” do kompromisu, choć ten kompromis kojarzy się ze zdradą narodową. Zgodnie z Konstytucją Marcową wybór Prezydenta dokonany został przez Zgromadzenie Narodowe, połączony Sejm i Senat. Ku zaskoczeniu ogółu po pięciu turach głosowań wybrany został Gabriel Narutowicz, nie znany jako polityk, lecz szanowany naukowiec, twórca energetyki wodnej w Szwajcarii, dobry organizator sprawdzony w roli Ministra Robót Publicznych. Prawica, dysponująca w Zgromadzeniu Narodowym 227 głosami na 545, popełniła kardynalny błąd. Jej kandydatem był Maurycy Zamojski, niewątpliwie uczciwy i zasłużony dla Polski człowiek, ale nie do zaakceptowania przez ludowców i lewicę jako największy „magnat” i „obszarnik” w Rzeczpospolitej. Jak to jednak bywa, ten własny błąd, zagłuszono uderzając w cudze piersi. Przemilczając własną nieudolność, w szukaniu porozumienia między rdzennymi Polakami, gromko podnoszono, że Prezydenta wybrano głosami mniejszości narodowej. Ta krytyka szybko wylała się z Sejmu na ulicę. Już 10 grudnia kilkutysięczny tłum prowadzony przez posłów endeckich podszedł pod Hotel Europejski, gdzie mieszkał Narutowicz, wznosząc okrzyki: „Precz z Narutowiczem”, „Hańba mu”. Następnego dnia podobny tłum wiecował pod mieszkaniem gen. Hallera, chcąc z niego zrobić wodza rebelii. 11 grudnia tłum próbował zablokować uroczystość przysięgi Prezydenta. Na Alei Ujazdowskiej ustawiono barykady, napadano na posłów idących ulicą Wiejską i przez plac Trzech Krzyży. Pobito kilkunastu posłów; Ignacy Daszyński wraz z nestorem socjalistów Bolesławem Limanowskim strzałami z rewolweru bronili się przed uzbrojonym w pałki tłumem. Na odsiecz swoim parlamentarzystom przyszli bojowcy z PPS. Na placu Trzech Krzyży doszło do walki: zginął 1 robotnik, 9 było ciężko rannych, 17 lżej rannych. Do bijatyki doszło też w samym Sejmie. PPS-owcy poturbowali gen. Hallera. Posłowie „Wyzwolenia” grozili publicznie, że w odwecie będą palić dwory i wieszać ich właścicieli. Na sali sejmowej okładano się pięściami zbrojonymi w kastety.Przez szalejący tłum, bez odpowiedniej ochrony policyjnej, przebijał się powóz wiozący Prezydenta RP. Narutowicz obrzucony został kamieniami i twardymi grudami śniegu. Atakowali go bezpośrednio bojówkarze z kijami. W Sejmie, ten zacny profesor Uniwersytetu w Zurychu, wysłuchać jeszcze musiał kakofonii obelg. Z pobladłą twarzą, ze śladami uderzeń na niej, złożył przysięgę „na krzyż Męki Pańskiej”. Po zaprzysiężeniu atmosfera częściowo się uspokoiła. Nie doszło do kolejnych, pełnych przemocy walk ulicznych. Krytyka ograniczała się do ostrych w treści wypowiedzi w prasie. Do Belwederu wysyłano anonimowe listy z pogróżkami. Ton tych medialnych połajanek nie odbiegał jednak szczególnie od normy; w podobny sposób – i wcześniej, i później – także lewica atakowała prawicę.To, co nas może dziś dziwić; prezydent Narutowicz mimo burzliwej atmosfery przemieszczał się po mieście bez ochrony; nie wprowadzono żadnych nadzwyczajnych środków ostrożności. Ale taki był standard. Kilka miesięcy wcześniej doszło do próby zamachu na Piłsudskiego; nie wpłynęło to na zmianę zachowania Marszałka, nadal bez ochrony spacerował po Warszawie. To tylko współczesna moda nakazuje izolować rosłymi BOR-owcami polityków od tłumu, bez względu na realne zagrożenie. W każdym razie wtedy, 16 grudnia 1922 r., malarz Eligiusz Niewiadomski mógł w salonie „Zachęty” bez problemów podejść w pobliże prezydenta i oddać do niego trzy strzały z rewolweru.Śmierć pierwszego wybranego w Rzeczpospolitej Prezydenta była wstrząsem dla wszystkich. Zbrodnie potępiła zdecydowana większość polityków, w tym prawicowi oponenci. Owszem, w szeregu pobudzonego wcześniejszą agitacją tłumu znajdowali się fanatycy uznający