Jeśli mieszkańcy Częstochowy myślą, że problemy naszego miasta dotyczą tylko dróg, spółek miejskich i głębokiej korupcji – to są w grubym błędzie.
Na pytanie: czyje działania doprowadziły do rozdzielenia sześciorga dzieci, które miłość, czas i uwagę dorosłych znalazły w rodzinie zastępczej, a nie we własnej? Odpowiedź wymaga skupienia, by przypadkiem kogoś nie pominąć: dyrekcji Zespołu Szkół Katolickich, pracownikom socjalnym i kierownictwu MOPS-u, wydziałowi pomocy społecznej i resortowym władzom miasta oraz organowi założycielskiemu i nadzoru, którym jest urząd wojewódzki w Katowicach. Pierwsze pytanie rodzi kolejne: jaki interes w ewidentnym zniszczeniu, trzech Domów Dziecka typu rodzinnego miały instytucje publiczne? Wszystkie ten sam – pozbycie się zmuszającej urzędników do pracy placówki rodzinnej, która jojczy „z byle powodu”, że nie ma pieniędzy zimą na opał lub domaga się po 20 latach remontu łazienki. Dla biurokratów najlepszym rozwiązaniem problemu jest instytucjonalny Dom Dziecka, w którym skoszarowane dzieciaki pozostają pod całodobową opieką, zmieniających się co 8 godzin pracowników. Dom Dziecka to z założenia pozbawiona emocji instytucja, stosowana jako ostateczność w przypadku sierot oraz dzieci, których rodzice nie wywiązują się ze swoich zadań opiekuńczych. Osoby decyzyjne w Częstochowie, z powodu nieznajomości dogłębnej tematu i braku empatii, nie rozumieją argumentu, że każde dziecko ma prawo do rodziny i żaden, nawet najpiękniejszy Dom Dziecka z nowymi tapetami tego nie zastąpi. Na szczęścicie namiastkę miłości, poszkodowane przez los dzieci dostają w placówkach rodzinnych.