Olimpijski ogień powoli zbliża się do Londynu. W miniony wtorek pochodnia z ogniem dotarła do hrabstwa Berkshire, najbardziej królewskiego z angielskich hrabstw.
Kilka dni wcześniej radio BBC Berkshire podało informację, która wciska w fotel: przez ten jeden dzień, kiedy uczestnicy sztafety z olimpijskim ogniem przemierzać będą ulice takich miast, jak m.in. Maidenhead, Slough, Eton, Windsor czy Ascot, lokalne władze przewidują zyski w wysokości 3 milionów funtów! Niemożliwe? Przeciwnie! Odpowiedź na pytanie: „jak to zrobić?” nie wydaje się nawet zbytnio skomplikowana. W sumie to przecież nic wielkiego. Wystarczy tylko zorganizować igrzyska olimpijskie – puścić w ruch maszynerię pod tytułem „sztafeta olimpijska”, która przemierzy Zjednoczone Królestwo wzdłuż i wszerz. Przydatny byłby zamek w Windsorze, królowa z dworem, paru lordów, jakieś dwie setki osób znanych powszechnie na całym świecie i w zasadzie to wszystko.
Nie brakuje głosów, niby żartobliwych, ale odnoszących się do całkiem konkretnych faktów, że sztafeta z ogniem z greckiego Olimpu może okazać się bardziej dochodową imprezą niż same igrzyska. Coś w tym jest, skoro parę miast z nie największego angielskiego hrabstwa spodziewa się w ciągu tylko jednego dnia 3 mln funtów zysków, to w skali całego kraju ten zysk z pewnością może być imponująco wielki.
Anglicy uwielbiają robić zakupy. I każdy powód jest dobry, by wejść do sklepu. Zwłaszcza, że na większości wystaw sklepowych w całej Anglii znajduje się stała informacja o wyprzedaży. Na sztafetę z ogniem ludzie czekają godzinami i ten czas oczekiwania trzeba czymś wypełnić: coś zjeść, coś wypić, coś kupić. A kto nie przyjdzie obejrzeć olimpijskiego ognia w pięknej pochodni, kiedy niosą go (niektórzy biegną) takie sławy, jak były piłkarz Gary Lineker, piosenkarze Robbie Williams czy Will.I.Am? W Windsorze, przed zamkiem, na sztafetę czekała królowa Elżbieta II z małżonkiem oraz przewodniczącym komitetu organizacyjnego igrzysk Lordem Coe (były wybitny biegacz). A ulicami miasta z pochodnią biegł jeden z najbardziej przed laty rozpoznawalnych piłkarzy świata (głównie z uwagi na fryzurę, choć przecież nie tylko), Kolumbijczyk Carlos Valderrama. A wszystko wśród dziesiątków tysięcy widzów, pragnących zobaczyć i królową, i znanych uczestników sztafety. Kto nie chciałby uczestniczyć w wydarzeniu, które zdarza się tylko raz w życiu? I kto nie wydałby przy tej okazji więcej pieniędzy niż zwykle?
Zastanawiam się, czy cokolwiek z tego, co wymieniłem, ze szczególnym uwzględnieniem ostatniego elementu, czyli kasy, dałoby się jakoś przenieść na częstochowski grunt. No tak, nie mamy igrzysk, nie mamy królowej, nie mamy zamku jak ten w Windsorze. Ale mamy parę innych walorów. I parę milionów ludzi odwiedzających co roku nasze miasto. Gdyby jeszcze tylko znalazł się ktoś, kto wiedziałby, jak to przełożyć na porządne pieniądze. To nie takie trudne. Jeśli się wie, jak.


