Po dyskusjach z moimi bliskimi znajomymi ujawnia się światu niskość moich morale. Ponieważ należą oni do grona fundamentalnych pisiorów, wychodzę w świetle ich argumentów na leniwego leminga, jewropejsika czy temu podobnemu lewiatańca.
Nie mogę się nawet specjalnie bronić, bo z większą częścią ich argumentów się zgadzam. Też nie lubię galerii handlowych i hipermarketów. Też uważam, że kapitalizm polityczny nadający quasi-własność państwowych firm cwaniakom z nomenklatury to wyzysk, łajdactwo i złodziejstwo. Jestem za tym, by rząd, zamiast pieprzyć o związkach zastępczych, budował nie-zastępcze drogi samochodowe i kolejowe. Jakby więc nie liczyć, różnią mnie od znajomych PiS-owców drobiazgi… Ale to moje odczucie. Dla znajomych to, co dla mnie jest drobiazgiem, jest problemem podstawowym. Na domiar złego rażę ich gust brakiem syntezy; tam gdzie widzę tylko bałagan i ludzki egoizm, tam oni dostrzegają nici zaplanowanego spisku.
Trudno, jako leming opanowałem umiejętność lawirowania i schodzenia z linii strzału. Gdy zaczynają mówić o Smoleńsku, rozwijam dyskusję w kierunku gdybań o znaczeniu twierdzy w tym mieście w XVII w. Od in vitro uciekam w stronę gotyckich witraży, a gdy mowa o ucisku Kościoła koncentruję się na opisie karpackich cerkiewek…To się nazywa umiejętnością narzucania narracji,. Mówią, że to cecha wrodzona polityków, na których lemingi głosują.
Głosują ??? Tak, jasne, mając taki wybór jak zarząd PZPN w wyborze trenera kadry. Nasze życie elektoralne przypomina wybory Miss Polonia, w których o koronę walczy jedna zołza, a druga jeszcze gorsza.
Z drugiej jednak strony, czas zdać sobie z tego sprawę, tak właśnie wygląda demokracja. Nie lepsze szanse wyboru ma Anglik, Niemiec czy Szwed. W Stanach zostałbym skazany na wybór między kandydatem, z którym się nie zgadzam, a kontrkandydatem, którego nie lubię. W każdym kraju politycy stali się kastą żerującą na emocjach ludu. Przyjmijmy po męsku: skoro to tak wygląda wszędzie i od dawna, to widocznie tak ma być.
Jako leming cenię sobie wartość świętego spokoju. Mam wielką nadzieję, że prezydentura pana Komorowskiego trwać będzie 10 lat i zapisze się jedynie kilkoma zdaniami w historii najnowszej. Księga historii notuje wydarzenia wielkie, a więc także tragiczne i dramatyczne. Wielkie sukcesy już mieliśmy (odzyskanie niepodległości, wejście do NATO i UE), tragicznych chwil sobie nie życzmy, czas na spokój. Taki zwykły, bez walki z wyzwaniami cywilizacyjnymi, bez heroizmu obrony polskiego interesu. Ot, taki prosty jak budowa cepa okres nudy: ludzie pracują, budują drogi i samochody, fiskus zbiera podatki, z nich finansuje się nudną i rzetelną edukacje; lekarze leczą, policjanci łapią złodziei, żołnierze strzelają do tarcz na poligonach. Żaden polityk nie wysila mózgu, by urządzić nam życie, my je sobie sami wolniej lub szybciej urządzamy. Dzięki temu 70% Polaków nie potrafi sobie przypomnieć nazwiska premiera, a prezydenta traktuje się z dobrotliwą ironią jak Jego Królewską Mość w monarchii konstytucyjnej.
Takie spokojne, wieczne lato leminga. Jak sobie człowiek ten spokój wyobrazi, może z nutą wyższości zerkać na polityczne swary i zderzenia narracji. Idźcie, chłopaki, na piwo; nie potrzebujemy byście codziennie próbowali świat zbawiać. My się sami potrafimy rządzić i urządzić.


