W gościnnej galerii dr. Janika „Pro arte”, gęsty tłum elit lokalnych celebrował rocznicę śmierci Janusza Mielczarka. W tym samym czasie dotarła smutna informacja o odejściu na zawsze prof. Jerzego Mizgalskiego. Natura nieubłaganie pozbawia nasze miasto jednostek będących fundamentem kultury lokalnej.
Słowa pożegnania brzmią podobnie, choćby ich autorów dzieliła, polityczna przepaść. Zasługi ś.p. Janusza i ś.p. Jerzego były tak wielkie, że nietaktem byłoby milczenie. Jerzy Mizgalski, jako naukowiec i wychowawca studentów uniwersytetu, wpoił im wartość, jaką była różnorodność kulturalna dawnej Częstochowy, odbudował pamięć o Żydach Częstochowskich. Swoje prace habilitacyjne z dziedziny politologii poświęcił praktyce tolerancji. Wspólnie napisaliśmy książkę przenoszącą polityczne spory dogmatyków, na realia tworzenia się narodów w Galicji Wschodniej.
Słów pięknych i ważnych żegnających Profesora nie brak. Nietaktowne byłoby milczenie, nietaktowne jest także grzeszenie pamięcią. Ponad rok temu towarzystwo „Galeria Literacka” zgłosiła prof. Mizgalskiego jako kandydata do nagrody Prezydenta Miasta w dziedzinie kultury. Jerzy był już honorowany wieloma wyróżnieniami, w tym nagrodą Karola Miarki, jakoś dziwnym zrządzeniem Województwo Śląskie zasługi dostrzegło, Państwo Częstochowskie – nie. „Galeria” starała się, by to przeoczenie było naprawione. Osobie, dzięki której powstało Muzeum Żydów Częstochowskich oraz mógł być organizowany na wysokim poziomie Festiwal im. Hubermana, przyznanie nagrody wydawało się oczywistością. Niestety, zdecydowały względy formalne. Po odejściu z pracy na UJD, kilka lat temu, Profesor przeprowadził się do Warszawy. Rozpoznano u niego chorobę nowotworową: gdyby się poddał – nasze miasto mogło mu zaoferować hospicjum, gdy z determinacją zdecydował walczyć o życie, na pomoc w Częstochowie liczyć nie mógł. Kontekst był znany, ale wymóg formalny ponoć związał ręce. Profesor Jerzy Mizgalski nie mógł być nagrodzony przez Prezydenta Miasta za zasługi w dziedzinie kultury – bo nie był, zdaniem urzędników, częstochowianinem. No comments.
Podobnie powstrzymać się trzeba wysłuchując rocznicowych peanów o Januszu Mielczarku. Wszystkie jego, cenione przez Czytelników książki, wydawane były sumptem autora z pomocą przyjaciół. Nie wspomogła tego żadna dotacja z urzędu naszego, wojewódzkiego czy centralnego. Urząd szczycił się rolą mecenasa, finansując sprowadzanie na wieczorki autorskie znanych pisarzy-celebrytów z Warszawy. Częstochowscy niecelebryci-pisarze na takowe nie zasługiwali. Urzędnicy od kultury dostrzegali determinację Janusza, gdy po udarze, wielkim wysiłkiem i kosztem, wracał do rzemiosła twórczego. Ale wspomóc go przyznaniem stypendium lub – chociaż – dofinansowaniem leczenia w sanatorium, tego nie byli w stanie. Bo, wicie-rozumicie, Miasto nima piniendzy.
Deklarujemy kultywowanie dobrej pamięci o zasłużonych dla wspólnoty Zmarłych. Deklaracja nic nie kosztuje, pamięć też można załatwić bezkosztowo.
Nadzieję miejscowa kultura pokłada w młodych. I słusznie. Ale nie da się budować przyszłości, lekceważąc starość, doceniając dorobek dopiero po odejściu twórcy. Parafrazując zjadliwość Gałczyńskiego: żywy emeryt to problem dziki, a my Polacy lubimy pomniki.
Jarosław Kapsa



