Świnta, świnta i po świntach, czyli świnta racja. Katowice chcą świętować jako Europejska Stolica Kultury, Bielsko-Biała świętuje jako Polska Stolica Kultury, to i Częstochowa zyskała uchwałę Sejmiku chwalącą miasto z 200-letnim rodowodem (od połączenia z Częstochówką licząc). Święto przeleci jak zwykle, uroczyście i oficjalnie. Może nawet kulturalnie. Pechowo tylko, że świętujące miasto ma prezydenta, b. przewodniczącego Rady Miasta, b. wiceprezydenta, rektora Uniwersytetu i kilka innych tuz oskarżanych o korupcję. Co raczej nie jest kulturalne.
Świętować jednak trzeba, bo tak nakazuje obyczaj. Lud spragniony rozrywki, elity spragnione kultury, wszyscy spragnieni wielkomiejskości. Im mniejsza, demograficznie, Częstochowa, tym bardziej chce się rozłazić po okolicach, anektować przestrzeń od Mykanowa po Poczesną, od Blachowni po Olsztyn. Tylko owe ambicje grzęzną z lenistwa. Starsi spokojnie wzruszają ramionami: lepiej już było, niech będzie jak jest, byle nie było gorzej. Hasła rewolucyjne do emerytów nie trafiają. Młodzież jest z natury buntownicza, ale wyraża to aktywnością w dyscyplinie sportowej nazywanej but-w-mording. Dla bezpieczeństwa przeniesiono masowość takowych rekreacji do internetów, nieoficjalnie czyniąc z tego królową (królem) e-sportu.
W internetach, korzystając za zasłony i anonimowości, przywalić można każdemu, skopać mu bratki, zaorać, wbić w glebę, aż mu japa zawiśnie. Bez zbędnego potu na treningu, nawet bez konieczności wertowania Słownika Języka Polskiego.
Pech chciał, że nasze 200-lecie, nasze święto częstochowskie, dzieje się w atmosferze okołoreferendalnej. Jest jak jest, korupcja i nepotyzm przeżarła samorządność. Gdy rurę przeżarła korozja nie wystarczy jedną dziurę zalepić, g…no znajdzie inny wypływ. By uzdrowić naszą samorządność też nie wystarczy odwołać z funkcji władczej pana X czy Y. Przyjdzie podobny Z. lub T. i g…no dalej popłynie. „Zaorywanie” władzy przyniesie satysfakcję amatorom but-w-mordingu, co nie znaczy, że na tym zaoranym ugorze pożyteczniejsze rośliny wzrosną.
Jest takie wyświechtane pojęcie: dobro wspólne. Najczęściej to pojęcie nadużywane jest przez władzę, by w ten sposób skłonić poddanych do płacenia podatków. Przekonywanie, że patriota powinien być gotów oddać życie za Ojczyznę, brzmi lepiej niż wezwanie, by ginąć dla Urzędu Skarbowego. Pojęcie “dobro wspólne” ma sens, gdy postrzegane jest w kategoriach współodpowiedzialności.
Częstochowa to moje miasto, to moje dobro, ponoszę za nie odpowiedzialność. Jestem odpowiedzialny współdecydując, ale także, gdy nie mam wpływu na decyzje władzy. Jestem odpowiedzialny robiąc coś, ale także, gdy zaniecham działania. Nikt tej odpowiedzialności ze mnie nie zdejmie, tak jak nikt nie pozbawi nas odpowiedzialności za skutki wyborów popełnianych w prywatnym życiu. Prędzej czy później pojawi się ktoś, jakaś wnuczka czy wnuczek, pytając: dziadku, a co zrobiłeś, by nam żyło się lepiej…?
Można przeżywać wielkie chwile triumfu po wygranej w but-w-mordingu. Skopałeś i zaorałeś, wrogowie pobici i upokorzeni, szczena im opadła, noga i ręka zwisła. I co? I tym pochwalisz się wnuczkowi, wychowasz go na twardziela umiejętnie niszczącego innych.
To nie jest droga do Częstochowy, nie idźcie nią jak owce.
Jarosław Kapsa



